Ilość ozonu w atmosferze, mierzona przez naukowców w
mazowieckim Belsku, zmniejsza się od kilku lat szczególnie latem. Pod
koniec 2012 r. było go kilka procent mniej, niż należałoby się
spodziewać - wynika z obserwacji uczonych Centralnego Obserwatorium
Geofizycznego Instytutu Geofizyki PAN.
Pierwsze
regularne pomiary zawartości ozonu w atmosferze naukowcy z Centralnego
Obserwatorium Geofizycznego Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk
(IGF PAN) w rozpoczęli 50 lat temu. Koncentrację ozonu w atmosferze
rejestrują nad stacją pomiarową w Belsku Dużym koło Grójca.
W przesłanym PAP komunikacie IGF PAN informuje, że od kilku lat
naukowcy, zwłaszcza latem, nad Belskiem rejestrują coraz mniejszą
koncentrację ozonu w stratosferze. „Pod koniec 2012 roku było go kilka
procent mniej, niż należałoby się spodziewać, biorąc pod uwagę
zmniejszającą się w stratosferze koncentrację substancji szkodliwych” –
informuje IGF PAN.
„Możliwe, że w atmosferze zaczyna działać nowy, jeszcze przez nas
niezidentyfikowany lokalny mechanizm zmniejszający grubość ochronnej
warstwy ozonowej. Niezależnie od jego natury pewne jest, że w
najbliższym czasie każdy powinien nadal uważać na Słońce i unikać
nadmiernego opalania. My zaś musimy dalej monitorować, co dzieje się z
ozonem nad naszymi głowami” – podkreśla kierownik Zakładu Fizyki
Atmosfery IGF PAN prof. Janusz Krzyścin.
Cząsteczki tlenu, którym oddychamy, mają po dwa atomy tlenu. Ozonu,
czyli cząsteczek z trzema atomami tlenu, jest w powietrzu niewiele.
Maksymalne koncentracje ozonu w atmosferze, rzędu kilku cząsteczek na
milion cząsteczek powietrza, występują w stratosferze - na wysokości
około 30 km. „Gdyby cały ozon zawarty w pionowym słupie powietrza nad
naszymi głowami zgromadzić przy gruncie, jego warstwa miałaby grubość od
2 do 5 mm, w zależności od pory roku” - czytamy w przesłanym PAP
komunikacie.
Ozon w małych ilościach wywołuje kaszel i bóle głowy, w większych
prowadzi do obrzęku płuc i śmierci. Jednocześnie ozon, który znajduje
się w stratosferze jest niezbędny dla życia na Ziemi. Silnie absorbuje
promieniowanie ultrafioletowe docierające ze Słońca do górnych warstw
atmosfery, co ma ochronny wpływ na organizmy żywe.
„U ludzi nadmiar promieniowania UV jest szkodliwy m.in. dla oczu i
skóry. Wiadomo o jego ścisłym, dobrze udokumentowanym związku z
powstawaniem nowotworów złośliwych skóry: podstawnokomórkowego i
kolczystokomórkowego” - wyjaśnia prof. Krzyścin.
Od połowy lat 80. XX wieku obserwacje naziemne i satelitarne wykazywały
niepokojąco niskie zawartości ozonu w atmosferze nad Antarktydą. Jego
deficyt na obszarach o powierzchni liczonej w dziesiątkach milionów
kilometrów kwadratowych sięgał nawet 40 proc. W niektórych warstwach
atmosfery nad Antarktydą, na wysokości 15-20 km, ozon został całkowicie
zniszczony. Zjawisko to zyskało miano „dziury ozonowej”.
Winowajcą okazały się freony, czyli gazy chlorofluorokarbonowe,
powszechnie stosowane w drugiej połowie XX wieku, m.in. w aerozolach i
lodówkach - wyjaśniają specjaliści IGF PAN. Jak tłumaczą, związki te
trafiały do atmosfery, z czasem migrowały ku równikowi i tu były
wynoszone do stratosfery, skąd rozprzestrzeniały się ku biegunom. Freony
w trakcie wędrówki w wysokich warstwach atmosfery rozpadały się pod
wpływem silnego promieniowania UV. Powstające wtedy wolne atomy chloru
stawały się katalizatorem reakcji chemicznych prowadzących do
intensywnego rozpadu ozonu. Mniej więcej po pięciu latach wędrówki w
stratosferze freony docierały nad Antarktydę i Arktykę.
Dziura ozonowa jest jednak zjawiskiem sezonowym, od ponad 30 lat
pojawiającym się nad Antarktydą corocznie z końcem zimy i zanikającym po
kilku miesiącach. W zależności od warunków meteorologicznych może być
większa lub mniejsza i trwać miesiąc dłużej lub krócej.
„W wyniku silnego wychłodzenia Antarktydy podczas nocy polarnej, czyli w
okresie od czerwca do września, w atmosferze nad półkulą południową, na
wysokości około 20 km, pojawiają się specyficzne chmury złożone z
kropelek rozcieńczonego kwasu azotowego lub kryształów lodu. Wraz z
powrotem światła słonecznego nad ten obszar, co przypada na przełom
sierpnia i września, w sąsiedztwie takich cząstek chmurowych
intensyfikują się reakcje chemiczne niszczące ozon. Podczas wiosny
arktycznej Słońce stopniowo ogrzewa atmosferę i chmury zanikają, zwykle z
końcem listopada, a wraz z nimi znika też dziura ozonowa” - opisuje
prof. Krzyścin.
Naukowcy przekonują, że dziura ozonowa nad Antarktydą nie ma wpływu na
poziom ozonu nad Polską. Nam może zagrażać jedynie dziura ozonowa nad
Arktyką. „Nad północnym biegunem atmosfera jest jednak cieplejsza i
tylko po ekstremalnie chłodnej zimie 2010/2011 pojawiła się tutaj dziura
ozonowa. Była ona jednak znacznie mniej rozległa niż jej odpowiednik
nad Antarktydą” – informują naukowcy w przesłanym PAP komunikacie.
Od początku lat 70. ubiegłego wieku stratosfera stawała się coraz
bardziej zanieczyszczona substancjami niszczącymi warstwę ozonową.
Pomiary w obserwatorium IGF PAN wykazywały w latach 90. deficyt ozonu
nad Polską na poziomie 6 proc. w stosunku do średniej wieloletniej z lat
60. i 70. "Zmiany te skutkowały nieznacznym, praktycznie nieszkodliwym
wzrostem promieniowania UV, porównywalnym z tym, którego
doświadczylibyśmy po przeprowadzce z Warszawy do Krakowa" – informują
naukowcy.
W 1987 roku społeczność międzynarodowa podjęła w ramach tzw. Protokołu
Montrealskiego działania, których skutkiem miało być zredukowanie emisji
freonów i innych substancji niszczących warstwę ozonową do atmosfery.
Na przełomie wieków wiele stacji pomiarowych, w tym i Belsk, zaczęło
rejestrować stopniowy wzrost zawartości ozonu w atmosferze.
„Wydawało się, że dzięki Protokołowi Montrealskiemu i jego późniejszym
poprawkom, wprowadzającym dalsze ograniczenia w produkcji substancji
szkodliwych dla ozonu, problem został rozwiązany. Jednak w połowie
minionej dekady na naszych szerokościach geograficznych tendencja
odwróciła się i poziom ozonu znowu zaczął się obniżać” – czytamy w
komunikacie IGF PAN.
Instytut Geofizyki PAN (IGF PAN) w Warszawie prowadzi badania
podstawowe w zakresie fizyki wnętrza Ziemi, fizyki atmosfery,
sejsmologii, geomagnetyzmu oraz hydrologii, organizuje także wyprawy
polarne. Obserwacje ozonu w Belsku są włączone w globalny system
monitorowania ozonu i dostarczyły cennych danych dla licznych prac
naukowych.
„Wyniki naszych obserwacji ozonowych były używane m.in. do oceny
dokładności pomiarów ozonu wykonywanych przez krążące wokół Ziemi
satelity” - mówi prof. Janusz Krzyścin.
Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl
Ponad 190 tys. uprawnień do emisji CO2 z okresu rozliczeniowego
2008-2012 zostało sprzedanych podczas aukcji prowadzonej za
pośrednictwem Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami
(KOBIZE). Pieniądze z transakcji trafią do budżetu państwa.
Uprawnienia
do emisji CO2 (tzw. jednostki EUA) są używane do rozliczania ilości
wyemitowanego CO2 przez przedsiębiorstwa w ramach Europejskiego Systemu
Handlu Emisjami (EU-ETS). Został on uruchomiony w 2005 roku jako
instrument krajów Unii Europejskiej mający na celu przeciwdziałanie
zmianom klimatycznym. Jedna jednostka emisji (1 EUA) uprawnia
przedsiębiorstwo do emisji 1 tony CO2.
W aukcji, która odbyła się 2 kwietnia sprzedano 191 798 uprawnień do
emisji (EUA) po cenie rozliczeniowej 18,90 zł. Do sprzedaży zostało
jeszcze około 20 tys. uprawień. Ich aukcja odbędzie się 23 kwietnia.
Więcej informacji na ten temat można znaleźć na stronie internetowej KOBIZE.
Źródło: Ministerstwo Środowiska
Biogazownia o mocy 1MW jest w stanie zaopatrzyć w energię
elektryczną pięciotysięczną gminę – uważa Tadeusz Szalewski, ekspert
firmy Poldanor SA, produkującej biogaz.
Zdaniem
członka zarządu Polskiego Stowarzyszenia Producentów Biogazu Rolniczego
Anity Klimas, istnieje ogromny potencjał dla rozwoju rynku biogazu w
Polsce, który na tę chwilę jest niewykorzystany. W jej ocenie, powodem
takiego stanu rzeczy jest brak odpowiedniego systemu wsparcia,
wynikającego z kolei z braku konkretnych regulacji prawnych.
Jak wyjaśnia, perspektywy rozwoju biogazu zostały szeroko opisane w
dokumencie „Kierunki rozwoju biogazowni rolniczych w Polsce w latach
2010-2020”, który powstał w 2010 r. w Ministerstwie Gospodarki, przy
współpracy z Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Zgodnie z dokumentem, Polska ma możliwość wytworzenia 5 mld m sześc.
biogazu z produktów ubocznych rolnictwa, np. odchodów zwierzęcych.
- Rozwój rynku biogazu w Polsce na chwilę obecną został wyhamowany,
gdyż brak prawodawstwa, w tym ustawy OZE, uniemożliwia inwestowanie w
stabilne finansowo i rentowne instalacje - uważa Klimas.
- To co jeszcze w ubiegłym roku było opłacalne, obecnie przynosi
straty, które w dłuższej perspektywie czasu, mogą doprowadzić do
bankructwa wielu instalacji – dodaje.
Jak podkreśla, chodzi tu przede wszystkim o kontrowersyjną – w jej
ocenie - nadpodaż zielonych certyfikatów, generowaną przez instalacje
współspalania, a w konsekwencji drastyczny spadek cen świadectw, które w
Polskim systemie wsparcia dla OZE w wielu przypadkach są głównym
źródłem dochodu biogazowni.
- Obecny brak wsparcia dla energii cieplnej produkowanej w skojarzeniu
(równocześnie – red.) z energią elektryczną jest także czynnikiem
hamującym, bowiem powstrzymuje inwestorów przed inwestowaniem, np. w
przyłącza cieplne - zaznacza członek zarządu PSPBR.
Według Klimas, przyłącza cieplne pozwoliłyby zagospodarować, i tak
wyprodukowane ciepło, przyczyniając się tym samym do pozytywnych efektów
ekologicznych, np. redukcji emisji CO2.
Paweł Karwat z firmy Poldanor SA, zajmującej się m.in. produkcją
energii odnawialnej w biogazowniach rolniczych, tłumaczy, że obok
równoczesnej produkcji energii elektrycznej oraz cieplnej w modułach
kogeneracyjnych (w skojarzeniu), możliwe jest samo wytwarzanie ciepła
poprzez spalanie biogazu w kotłach gazowych.
Jak ocenia, to rozwiązanie jest mało popularne z uwagi na niskie
przychody ze sprzedaży ciepła oraz wysokie koszty inwestycyjne, związane
z ciepłociągiem, który jest drogi, jeżeli biogazownia jest oddalona od
odbiorcy.
Możliwe jest też wtłaczanie biometanu - biogaz po oczyszczeniu oraz
usunięciu dwutlenku węgla - do sieci gazowej. Jak wyjaśnia Karwat,
wtłaczanie biogazu do sieci w Polsce jest również mało popularne,
ponieważ brakuje odpowiedniej infrastruktury oraz regulacji prawnej.
- Biogazownie są zwykle budowane na trenach rolniczych, z daleka lub na
obrzeżach miejscowości, które bardzo często nie posiadają sieci gazowej
– zauważa Karwat.
Jak dodaje, dodatkowy problem stanowi fakt, iż wyprodukowany biogaz nie
spełnia parametrów energetycznych zawartych w Rozporządzeniu Ministra
Gospodarki w sprawie szczegółowych warunków funkcjonowania systemu
gazowego. Dlatego niezbędne jest zastosowanie odpowiednich technologii,
które pozwolą na przekształcenie biogazu w biometan.
- Niestety taka instalacja do „uszlachetniania biogazu” jest kosztowana i skomplikowana - zastrzega.
Najpopularniejszym rozwiązaniem pozostaje więc zastosowanie modułów
kogeneracyjnych, które wytwarzają prąd oraz ciepło w skojarzeniu. -
Energia elektryczna w porównaniu z ciepłem, jest medium, które można
zdecydowanie łatwiej przesłać i sprzedać po korzystniejszej cenie – mówi
Karwat.
Ponadto - zauważa - z wyprodukowanej energii można zaspokoić wewnętrze
zapotrzebowanie przedsiębiorstwa w energię elektryczną i cieplną, co
jest dodatkowym atutem przemawiającym za wytwarzaniem obu mediów w
skojarzeniu.
W Polsce na w rejestrze Agencji Rynku Rolnego zarejestrowanych jest 25 biogazowani rolniczych. Ich średnia moc wynosi ok. 1 MW.
Karwat zwraca uwagę, że w poprawnie eksploatowanej biogazowni uzyskuje
się średnią roczną wydajność wytwarzanej energii na poziomie
przewyższającym 90 proc. Jak zaznacza, z uwagi na pełną kontrolę nad
procesem wytwarzania biogazu, produkcja energii elektrycznej w
biogazowniach, odbywa się bardzo stabilnie.
- Dla porównania średnioroczna wydajność w farm wiatrowych w Polsce wynosi zwykle dwadzieścia kilka procent – stwierdza.
Według wyliczeń Tadeusza Szalewskiego, kierownika ds. energii w
Poldanor SA, aby dostarczyć energię elektryczną mieszkańcom 5 –
tysięcznej gminy, przy założeniu, że gospodarstwo domowe składające się z
trzech osób, zużywa rocznie ok. 3,5 MWh, potrzebna jest biogazownia o
mocy 1MW.
Źródło: Serwis Samorządowy PAP
Jak wynika z negocjacji z Brukselą, Polska powinna przeznaczyć z
unijnego budżetu 20 proc. na politykę klimatyczną. Oznacza to około 200
mld zł w ciągu najbliższych siedmiu lat na ten cel. – Nie jesteśmy w
stanie wydać takich pieniędzy na solary i wiatraki, a to oznacza, że nie
dostaniemy wsparcia na rozbudowę dróg i kolei – uważa prof. Władysław
Mielczarski, ekspert ds. energetyki.
Profesor
wylicza, że skoro budżet UE wynosi 960 mld euro, zatem prawie 200 mld
euro zostanie przeznaczonych na politykę klimatyczną.
– Polska ma dostać ponad 300 mld zł w funduszach strukturalnych, z
których musimy przeznaczyć na cele klimatyczne 60 mld zł oraz 50 proc.
udziału własnego. Czyli będzie to około 120 mld zł plus wewnętrzne
finansowanie poprzez zielone certyfikaty i różnego rodzaju dotacje z
funduszy ochrony środowiska na poziomie 60-70 mld zł. Na politykę
klimatyczną przeznaczymy zatem w Polsce do roku 2020 około 200 mld
złotych – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prof. Władysław
Mielczarski, ekspert ds. energetyki.
Podkreśla, że Polska nie jest w stanie przeznaczyć tak ogromnych
pieniędzy na ten właśnie cel. Poprzeczka została ustalono za wysoko.
– Problem polega na tym, że my nie mamy na co ich wydać. W przypadku
technologii OZE jak wiatraki, czy solary, jesteśmy na granicy możliwości
przyłączenia ich do systemu. To są źródła bardzo niestabilne, które
powodują, że nie możemy mieć ich zbyt dużo – prof. Władysław
Mielczarski.
Dlatego ekspert przestrzega, że więcej stracimy na tym budżecie niż
zyskamy, ponieważ nie będziemy w stanie wykorzystać tych funduszy.
– Unia stawia warunek, że musimy te pieniądze przeznaczyć na politykę
klimatyczną, bo jeżeli ich nie wykorzystamy, nie otrzymamy na fundusze
strukturalne, na drogi i na koleje – tłumaczy. – W związku z tym, z tych
300 mld zł liczę, że maksimum zostanie skonsumowanych 150-200 mld zł.
Źródło: Newseria
Prezes Urzędu Regulacji Energetyki podejmie decyzję o
uwolnieniu rynku energii tylko wówczas, gdy konsumenci będą mogli z
łatwością zmieniać sprzedawcę prądu. Daje więc spółkom energetycznym
czas do końca kwietnia na dojście do porozumienia w sprawie tzw. umowy
kompleksowej. Dzięki niej odbiorcy prądu opłacą tylko jedną fakturę
zamiast dwóch – za sprzedaż energii i jej dystrybucję.
Jeśli
odpowiednie zapisy nowelizacji Prawa energetycznego, nad którą trwają
prace, nie zostałyby uchwalone, a spółki nie doszłyby do porozumienia,
prezes URE mógłby nałożyć na nie kary.
– Operator ma ułatwiać życie klientom, odbiorcom paliw i energii.
Jeżeli utrudnia, to narusza cały szereg przepisów prawa energetycznego.
Wówczas mogę nałożyć sankcje w postaci kar finansowych – nie tylko na
same spółki operatorów systemów dystrybucyjnych, ale też na kierowników
tych przedsiębiorstw, czyli odpowiednich członków zarządu
odpowiedzialnych za obsługę procesów rynkowych po stronie operatora –
przestrzega Marek Woszczyk, prezes Urzędu Regulacji Energetyki.
Na ustalenie szczegółów pozostało jeszcze trochę czasu. Zgodnie z
uzgodnieniami między URE a przedsiębiorcami wszystko negocjacje w tej
sprawie powinny zakończyć się pod koniec tego miesiąca.
Umowa kompleksowa, dzięki której odbiorcy prądu opłacą tylko jedną
fakturę zamiast dwóch (za sprzedaż energii i jej dystrybucję), usprawni
proces zmiany sprzedawcy i obniży jego koszty.
– To jest jedyne narzędzie obrony po stronie klienta – powiedzieć „nie”
dotychczasowemu sprzedawcy, jeżeli żąda nieakceptowalnych, zbyt
wygórowanych cen i wybrać sobie nowego. Ta procedura musi być łatwa,
realizowalna, także przez samych operatorów systemów dystrybucyjnych i
to w sposób masowy – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marek Woszczyk.
Prezes URE wymaga, by koncerny energetyczne wypracowały jeden wspólny
wzór umowy. Każdy sprzedawca energii będzie musiał zawrzeć z operatorem
systemu dystrybucyjnego, do którego należy sieć, na obszarze której
sprzedawca chce obsługiwać klientów, tzw. GUD kompleksowy, czyli
generalną umowę dystrybucyjną.
Ma ona gwarantować wszystkim sprzedawcom możliwość zaoferowania
klientom, jednej kompleksowej umowy. Jednak spółki od prawie dwóch lat
spierają się, co do szczegółów technicznych, które uniemożliwiają
efektywne wdrożenie powszechnych umów kompleksowych dostępnych dla
wszystkich sprzedawców.
– Chcemy mieć gwarancję, że to jest po prostu możliwe. Nie wystarczają
mi deklaracje, polegające na tym, że oto uzgodniliśmy kolejny wzorzec
tej czy innej umowy, tylko to musi być wdrażalne do praktyki rynkowej.
Zatem uzgodnienie wzorca to jedno, ale wdrożenie i przełożenie tego na
rzeczywistość biznesową to osobna kwestia. Będziemy monitorowali
wdrożenie tego dokumentu do praktyki biznesowej – zapowiada Marek
Woszczyk.
Źródło: Newseria
Tegoroczna, długa i stabilna zima w naszej części świata wydaje
się pasować do hipotezy na temat zmian sposobu transportu ciepła przez
ocean i atmosferę wskutek globalnego ocieplenia - powiedział PAP fizyk
atmosfery, prof. Szymon Malinowski.
Z
punktu widzenia fizyka klimat zależy od sposobu transportu ciepła przez
ocean i atmosferę od równika do biegunów. Ważne jest też to, gdzie i
ile ciepła Ziemia dostaje, oraz gdzie i ile wypromieniowuje w kosmos -
tłumaczy prof. Malinowski z Zakładu Fizyki Atmosfery Wydziału Fizyki na
Uniwersytecie Warszawskim. Związane z tym procesy współdecydują o tym,
jak w poszczególnych częściach świata wyglądają pory roku.
"Cały ten układ podlega jednak zmianom, do których dochodzi m.in.
wskutek topnienia Arktyki, zwłaszcza w porze letniej" - zauważa fizyk. -
Dawniej pokryta lodem Arktyka była biała, dzięki czemu odbijała
większość promieni słonecznych, jakie do niej docierały. Obecnie latem
miejsce białego lodu w coraz większym stopniu zajmuje ciemna
powierzchnia oceanu, który nie odbija promieniowania słońca, tylko je
pochłania. W efekcie wody Arktyki nagrzewają się, co zmienia kontrast
temperatur wody pomiędzy biegunem a równikiem. Ponieważ od tego
kontrastu zależy sposób transportu ciepła, topnienie lodu na biegunie
północnym odbija się na klimacie całej półkuli, a szczególnie na
obszarach wokół Północnego Atlantyku".
Prof. Malinowski przypuszcza, że mijającej zimy odczuliśmy konsekwencje
takich właśnie zmian. "Przeważnie w porze zimowej w Polsce dominowały
przepływy mas powietrza płynącego z zachodu i północnego zachodu. Nieco
rzadziej zdarzały się przepływy z północy, ze wschodu bądź z południa.
Obecnie wydaje się, że maleje zmienność kierunków cyrkulacji, dominują
bardziej stałe reżimy transportu ciepła. Ciepłe powietrze ze stref
zwrotnikowych wędruje nad Atlantykiem ku północy, nie docierając nad
Polskę. Ponieważ jednak sam schemat transportu powietrza - ciepłego na
północ a zimnego na południe - musi być zachowany, nad Polskę napływa
wtedy zimne powietrze znad kontynentu azjatyckiego" - opowiada.
"Zimą tego roku właściwie nie było wichur, powodujących silne sztormy
na Bałtyku, podtopienia, zniszczenia na lądzie, co zdarza się często,
gdy zimą przeważa napływ powietrza z zachodu" - zaznacza prof.
Malinowski.
Ponieważ klimat zależy od mnóstwa czynników bardzo subtelnych i
zmiennych, na podstawie pojedynczo pojawiających się zim wyjątkowo
śnieżnych czy długotrwałych trudno jest ostatecznie potwierdzić hipotezę
dotyczącą zmian przepływu mas powietrza - zastrzega fizyk. "Widać
jednak, że tegoroczny układ pasuje do tej hipotezy, podobnie jak kilka
innych zjawisk atmosferycznych, np. ciepło w atlantyckiej części
Arktyki, zwłaszcza na Grenlandii, czy częstsze niż dawniej długotrwałe
fale upałów i susze w umiarkowanych szerokościach geograficznych w
ciepłej porze roku" - mówi.
Jeśli hipoteza jest trafna, to oznacza, że zimy takie jak obecnie mogą
się u nas w przyszłości zdarzać częściej - zauważa prof. Malinowski.
Wspomnianą hipotezę fizycy atmosfery i klimatolodzy badają od pewnego
czasu. Szanse na lepsze zrozumienie związanych z nią zjawisk dają stale
doskonalone modele globalnej cyrkulacji atmosfery.
Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl







