Klimat Dla ZiemiiSzkoła z klimatem
Newsletter

Bądź na bieżąco? Zapisz sie do newslettera!

Partnerzy i przyjaciele
Partnerzy i przyjaciele
Licznik odwiedzin: 28470408

Naukowcy: warstwa ozonowa znów się zmniejsza
poniedziałek 2013-04-08

Ilość ozonu w atmosferze, mierzona przez naukowców w mazowieckim Belsku, zmniejsza się od kilku lat szczególnie latem. Pod koniec 2012 r. było go kilka procent mniej, niż należałoby się spodziewać - wynika z obserwacji uczonych Centralnego Obserwatorium Geofizycznego Instytutu Geofizyki PAN.

Pierwsze regularne pomiary zawartości ozonu w atmosferze naukowcy z Centralnego Obserwatorium Geofizycznego Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk (IGF PAN) w rozpoczęli 50 lat temu. Koncentrację ozonu w atmosferze rejestrują nad stacją pomiarową w Belsku Dużym koło Grójca.

W przesłanym PAP komunikacie IGF PAN informuje, że od kilku lat naukowcy, zwłaszcza latem, nad Belskiem rejestrują coraz mniejszą koncentrację ozonu w stratosferze. „Pod koniec 2012 roku było go kilka procent mniej, niż należałoby się spodziewać, biorąc pod uwagę zmniejszającą się w stratosferze koncentrację substancji szkodliwych” – informuje IGF PAN.

„Możliwe, że w atmosferze zaczyna działać nowy, jeszcze przez nas niezidentyfikowany lokalny mechanizm zmniejszający grubość ochronnej warstwy ozonowej. Niezależnie od jego natury pewne jest, że w najbliższym czasie każdy powinien nadal uważać na Słońce i unikać nadmiernego opalania. My zaś musimy dalej monitorować, co dzieje się z ozonem nad naszymi głowami” – podkreśla kierownik Zakładu Fizyki Atmosfery IGF PAN prof. Janusz Krzyścin.

Cząsteczki tlenu, którym oddychamy, mają po dwa atomy tlenu. Ozonu, czyli cząsteczek z trzema atomami tlenu, jest w powietrzu niewiele. Maksymalne koncentracje ozonu w atmosferze, rzędu kilku cząsteczek na milion cząsteczek powietrza, występują w stratosferze - na wysokości około 30 km. „Gdyby cały ozon zawarty w pionowym słupie powietrza nad naszymi głowami zgromadzić przy gruncie, jego warstwa miałaby grubość od 2 do 5 mm, w zależności od pory roku” - czytamy w przesłanym PAP komunikacie.

Ozon w małych ilościach wywołuje kaszel i bóle głowy, w większych prowadzi do obrzęku płuc i śmierci. Jednocześnie ozon, który znajduje się w stratosferze jest niezbędny dla życia na Ziemi. Silnie absorbuje promieniowanie ultrafioletowe docierające ze Słońca do górnych warstw atmosfery, co ma ochronny wpływ na organizmy żywe.

„U ludzi nadmiar promieniowania UV jest szkodliwy m.in. dla oczu i skóry. Wiadomo o jego ścisłym, dobrze udokumentowanym związku z powstawaniem nowotworów złośliwych skóry: podstawnokomórkowego i kolczystokomórkowego” - wyjaśnia prof. Krzyścin.

Od połowy lat 80. XX wieku obserwacje naziemne i satelitarne wykazywały niepokojąco niskie zawartości ozonu w atmosferze nad Antarktydą. Jego deficyt na obszarach o powierzchni liczonej w dziesiątkach milionów kilometrów kwadratowych sięgał nawet 40 proc. W niektórych warstwach atmosfery nad Antarktydą, na wysokości 15-20 km, ozon został całkowicie zniszczony. Zjawisko to zyskało miano „dziury ozonowej”.

Winowajcą okazały się freony, czyli gazy chlorofluorokarbonowe, powszechnie stosowane w drugiej połowie XX wieku, m.in. w aerozolach i lodówkach - wyjaśniają specjaliści IGF PAN. Jak tłumaczą, związki te trafiały do atmosfery, z czasem migrowały ku równikowi i tu były wynoszone do stratosfery, skąd rozprzestrzeniały się ku biegunom. Freony w trakcie wędrówki w wysokich warstwach atmosfery rozpadały się pod wpływem silnego promieniowania UV. Powstające wtedy wolne atomy chloru stawały się katalizatorem reakcji chemicznych prowadzących do intensywnego rozpadu ozonu. Mniej więcej po pięciu latach wędrówki w stratosferze freony docierały nad Antarktydę i Arktykę.

Dziura ozonowa jest jednak zjawiskiem sezonowym, od ponad 30 lat pojawiającym się nad Antarktydą corocznie z końcem zimy i zanikającym po kilku miesiącach. W zależności od warunków meteorologicznych może być większa lub mniejsza i trwać miesiąc dłużej lub krócej.

„W wyniku silnego wychłodzenia Antarktydy podczas nocy polarnej, czyli w okresie od czerwca do września, w atmosferze nad półkulą południową, na wysokości około 20 km, pojawiają się specyficzne chmury złożone z kropelek rozcieńczonego kwasu azotowego lub kryształów lodu. Wraz z powrotem światła słonecznego nad ten obszar, co przypada na przełom sierpnia i września, w sąsiedztwie takich cząstek chmurowych intensyfikują się reakcje chemiczne niszczące ozon. Podczas wiosny arktycznej Słońce stopniowo ogrzewa atmosferę i chmury zanikają, zwykle z końcem listopada, a wraz z nimi znika też dziura ozonowa” - opisuje prof. Krzyścin.

Naukowcy przekonują, że dziura ozonowa nad Antarktydą nie ma wpływu na poziom ozonu nad Polską. Nam może zagrażać jedynie dziura ozonowa nad Arktyką. „Nad północnym biegunem atmosfera jest jednak cieplejsza i tylko po ekstremalnie chłodnej zimie 2010/2011 pojawiła się tutaj dziura ozonowa. Była ona jednak znacznie mniej rozległa niż jej odpowiednik nad Antarktydą” – informują naukowcy w przesłanym PAP komunikacie.

Od początku lat 70. ubiegłego wieku stratosfera stawała się coraz bardziej zanieczyszczona substancjami niszczącymi warstwę ozonową. Pomiary w obserwatorium IGF PAN wykazywały w latach 90. deficyt ozonu nad Polską na poziomie 6 proc. w stosunku do średniej wieloletniej z lat 60. i 70. "Zmiany te skutkowały nieznacznym, praktycznie nieszkodliwym wzrostem promieniowania UV, porównywalnym z tym, którego doświadczylibyśmy po przeprowadzce z Warszawy do Krakowa" – informują naukowcy.

W 1987 roku społeczność międzynarodowa podjęła w ramach tzw. Protokołu Montrealskiego działania, których skutkiem miało być zredukowanie emisji freonów i innych substancji niszczących warstwę ozonową do atmosfery. Na przełomie wieków wiele stacji pomiarowych, w tym i Belsk, zaczęło rejestrować stopniowy wzrost zawartości ozonu w atmosferze.

„Wydawało się, że dzięki Protokołowi Montrealskiemu i jego późniejszym poprawkom, wprowadzającym dalsze ograniczenia w produkcji substancji szkodliwych dla ozonu, problem został rozwiązany. Jednak w połowie minionej dekady na naszych szerokościach geograficznych tendencja odwróciła się i poziom ozonu znowu zaczął się obniżać” – czytamy w komunikacie IGF PAN.

Instytut Geofizyki PAN (IGF PAN) w Warszawie prowadzi badania podstawowe w zakresie fizyki wnętrza Ziemi, fizyki atmosfery, sejsmologii, geomagnetyzmu oraz hydrologii, organizuje także wyprawy polarne. Obserwacje ozonu w Belsku są włączone w globalny system monitorowania ozonu i dostarczyły cennych danych dla licznych prac naukowych.

„Wyniki naszych obserwacji ozonowych były używane m.in. do oceny dokładności pomiarów ozonu wykonywanych przez krążące wokół Ziemi satelity” - mówi prof. Janusz Krzyścin.

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Aukcja uprawnień do emisji CO2
poniedziałek 2013-04-08

Ponad 190 tys. uprawnień do emisji CO2 z okresu rozliczeniowego 2008-2012 zostało sprzedanych podczas aukcji prowadzonej za pośrednictwem Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami (KOBIZE). Pieniądze z transakcji trafią do budżetu państwa.

Uprawnienia do emisji CO2 (tzw. jednostki EUA) są używane do rozliczania ilości wyemitowanego CO2 przez przedsiębiorstwa w ramach Europejskiego Systemu Handlu Emisjami (EU-ETS). Został on uruchomiony w 2005 roku jako instrument krajów Unii Europejskiej mający na celu przeciwdziałanie zmianom klimatycznym. Jedna jednostka emisji (1 EUA) uprawnia przedsiębiorstwo do emisji 1 tony CO2.

W aukcji, która odbyła się 2 kwietnia sprzedano 191 798 uprawnień do emisji (EUA) po cenie rozliczeniowej 18,90 zł. Do sprzedaży zostało jeszcze około 20 tys. uprawień. Ich aukcja odbędzie się 23 kwietnia. Więcej informacji na ten temat można znaleźć na stronie internetowej KOBIZE.

Źródło: Ministerstwo Środowiska

Prawo bez gazu. Brak przepisów hamuje rozwój domowej energetyki
piątek 2013-04-05

Biogazownia o mocy 1MW jest w stanie zaopatrzyć w energię elektryczną pięciotysięczną gminę – uważa Tadeusz Szalewski, ekspert firmy Poldanor SA, produkującej biogaz.

Zdaniem członka zarządu Polskiego Stowarzyszenia Producentów Biogazu Rolniczego Anity Klimas, istnieje ogromny potencjał dla rozwoju rynku biogazu w Polsce, który na tę chwilę jest niewykorzystany. W jej ocenie, powodem takiego stanu rzeczy jest brak odpowiedniego systemu wsparcia, wynikającego z kolei z braku konkretnych regulacji prawnych.

Jak wyjaśnia, perspektywy rozwoju biogazu zostały szeroko opisane w dokumencie „Kierunki rozwoju biogazowni rolniczych w Polsce w latach 2010-2020”, który powstał w 2010 r. w Ministerstwie Gospodarki, przy współpracy z Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Zgodnie z dokumentem, Polska ma możliwość wytworzenia 5 mld m sześc. biogazu z produktów ubocznych rolnictwa, np. odchodów zwierzęcych.

- Rozwój rynku biogazu w Polsce na chwilę obecną został wyhamowany, gdyż brak prawodawstwa, w tym ustawy OZE, uniemożliwia inwestowanie w stabilne finansowo i rentowne instalacje - uważa Klimas.

- To co jeszcze w ubiegłym roku było opłacalne, obecnie przynosi straty, które w dłuższej perspektywie czasu, mogą doprowadzić do bankructwa wielu instalacji – dodaje.

Jak podkreśla, chodzi tu przede wszystkim o kontrowersyjną – w jej ocenie - nadpodaż zielonych certyfikatów, generowaną przez instalacje współspalania, a w konsekwencji drastyczny spadek cen świadectw, które w Polskim systemie wsparcia dla OZE w wielu przypadkach są głównym źródłem dochodu biogazowni.

- Obecny brak wsparcia dla energii cieplnej produkowanej w skojarzeniu (równocześnie – red.) z energią elektryczną jest także czynnikiem hamującym, bowiem powstrzymuje inwestorów przed inwestowaniem, np. w przyłącza cieplne - zaznacza członek zarządu PSPBR.

Według Klimas, przyłącza cieplne pozwoliłyby zagospodarować, i tak wyprodukowane ciepło, przyczyniając się tym samym do pozytywnych efektów ekologicznych, np. redukcji emisji CO2.

Paweł Karwat z firmy Poldanor SA, zajmującej się m.in. produkcją energii odnawialnej w biogazowniach rolniczych, tłumaczy, że obok równoczesnej produkcji energii elektrycznej oraz cieplnej w modułach kogeneracyjnych (w skojarzeniu), możliwe jest samo wytwarzanie ciepła poprzez spalanie biogazu w kotłach gazowych.

Jak ocenia, to rozwiązanie jest mało popularne z uwagi na niskie przychody ze sprzedaży ciepła oraz wysokie koszty inwestycyjne, związane z ciepłociągiem, który jest drogi, jeżeli biogazownia jest oddalona od odbiorcy.

Możliwe jest też wtłaczanie biometanu - biogaz po oczyszczeniu oraz usunięciu dwutlenku węgla - do sieci gazowej. Jak wyjaśnia Karwat, wtłaczanie biogazu do sieci w Polsce jest również mało popularne, ponieważ brakuje odpowiedniej infrastruktury oraz regulacji prawnej.

- Biogazownie są zwykle budowane na trenach rolniczych, z daleka lub na obrzeżach miejscowości, które bardzo często nie posiadają sieci gazowej – zauważa Karwat.

Jak dodaje, dodatkowy problem stanowi fakt, iż wyprodukowany biogaz nie spełnia parametrów energetycznych zawartych w Rozporządzeniu Ministra Gospodarki w sprawie szczegółowych warunków funkcjonowania systemu gazowego. Dlatego niezbędne jest zastosowanie odpowiednich technologii, które pozwolą na przekształcenie biogazu w biometan.

- Niestety taka instalacja do „uszlachetniania biogazu” jest kosztowana i skomplikowana - zastrzega.

Najpopularniejszym rozwiązaniem pozostaje więc zastosowanie modułów kogeneracyjnych, które wytwarzają prąd oraz ciepło w skojarzeniu. - Energia elektryczna w porównaniu z ciepłem, jest medium, które można zdecydowanie łatwiej przesłać i sprzedać po korzystniejszej cenie – mówi Karwat.

Ponadto - zauważa - z wyprodukowanej energii można zaspokoić wewnętrze zapotrzebowanie przedsiębiorstwa w energię elektryczną i cieplną, co jest dodatkowym atutem przemawiającym za wytwarzaniem obu mediów w skojarzeniu.

W Polsce na w rejestrze Agencji Rynku Rolnego zarejestrowanych jest 25 biogazowani rolniczych. Ich średnia moc wynosi ok. 1 MW.

Karwat zwraca uwagę, że w poprawnie eksploatowanej biogazowni uzyskuje się średnią roczną wydajność wytwarzanej energii na poziomie przewyższającym 90 proc. Jak zaznacza, z uwagi na pełną kontrolę nad procesem wytwarzania biogazu, produkcja energii elektrycznej w biogazowniach, odbywa się bardzo stabilnie.

- Dla porównania średnioroczna wydajność w farm wiatrowych w Polsce wynosi zwykle dwadzieścia kilka procent – stwierdza.

Według wyliczeń Tadeusza Szalewskiego, kierownika ds. energii w Poldanor SA, aby dostarczyć energię elektryczną mieszkańcom 5 – tysięcznej gminy, przy założeniu, że gospodarstwo domowe składające się z trzech osób, zużywa rocznie ok. 3,5 MWh, potrzebna jest biogazownia o mocy 1MW.

Źródło: Serwis Samorządowy PAP

W ciągu 7 lat Polska powinna przeznaczyć 200 mld zł na politykę klimatyczną
czwartek 2013-04-04

Jak wynika z negocjacji z Brukselą, Polska powinna przeznaczyć z unijnego budżetu 20 proc. na politykę klimatyczną. Oznacza to około 200 mld zł w ciągu najbliższych siedmiu lat na ten cel. – Nie jesteśmy w stanie wydać takich pieniędzy na solary i wiatraki, a to oznacza, że nie dostaniemy wsparcia na rozbudowę dróg i kolei – uważa prof. Władysław Mielczarski, ekspert ds. energetyki.

Profesor wylicza, że skoro budżet UE wynosi 960 mld euro, zatem prawie 200 mld euro zostanie przeznaczonych na politykę klimatyczną.

– Polska ma dostać ponad 300 mld zł w funduszach strukturalnych, z których musimy przeznaczyć na cele klimatyczne 60 mld zł oraz 50 proc. udziału własnego. Czyli będzie to około 120 mld zł plus wewnętrzne finansowanie poprzez zielone certyfikaty i różnego rodzaju dotacje z funduszy ochrony środowiska na poziomie 60-70 mld zł. Na politykę klimatyczną przeznaczymy zatem w Polsce do roku 2020 około 200 mld złotych – mówi Agencji Informacyjnej Newseria prof. Władysław Mielczarski, ekspert ds. energetyki.

Podkreśla, że Polska nie jest w stanie przeznaczyć tak ogromnych pieniędzy na ten właśnie cel. Poprzeczka została ustalono za wysoko.

– Problem polega na tym, że my nie mamy na co ich wydać. W przypadku technologii OZE jak wiatraki, czy solary, jesteśmy na granicy możliwości przyłączenia ich do systemu. To są źródła bardzo niestabilne, które powodują, że nie możemy mieć ich zbyt dużo – prof. Władysław Mielczarski.

Dlatego ekspert przestrzega, że więcej stracimy na tym budżecie niż zyskamy, ponieważ nie będziemy w stanie wykorzystać tych funduszy.

– Unia stawia warunek, że musimy te pieniądze przeznaczyć na politykę klimatyczną, bo jeżeli ich nie wykorzystamy, nie otrzymamy na fundusze strukturalne, na drogi i na koleje – tłumaczy. – W związku z tym, z tych 300 mld zł liczę, że maksimum zostanie skonsumowanych 150-200 mld zł.

Źródło: Newseria

W kwietniu sprzedawcy prądu muszą dojść do porozumienia ws. ułatwień dla klientów
czwartek 2013-04-04

Prezes Urzędu Regulacji Energetyki podejmie decyzję o uwolnieniu rynku energii tylko wówczas, gdy konsumenci będą mogli z łatwością zmieniać sprzedawcę prądu. Daje więc spółkom energetycznym czas do końca kwietnia na dojście do porozumienia w sprawie tzw. umowy kompleksowej. Dzięki niej odbiorcy prądu opłacą tylko jedną fakturę zamiast dwóch – za sprzedaż energii i jej dystrybucję.

Jeśli odpowiednie zapisy nowelizacji Prawa energetycznego, nad którą trwają prace, nie zostałyby uchwalone, a spółki nie doszłyby do porozumienia, prezes URE mógłby nałożyć na nie kary.

– Operator ma ułatwiać życie klientom, odbiorcom paliw i energii. Jeżeli utrudnia, to narusza cały szereg przepisów prawa energetycznego. Wówczas mogę nałożyć sankcje w postaci kar finansowych – nie tylko na same spółki operatorów systemów dystrybucyjnych, ale też na kierowników tych przedsiębiorstw, czyli odpowiednich członków zarządu odpowiedzialnych za obsługę procesów rynkowych po stronie operatora – przestrzega Marek Woszczyk, prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Na ustalenie szczegółów pozostało jeszcze trochę czasu. Zgodnie z uzgodnieniami między URE a przedsiębiorcami wszystko negocjacje w tej sprawie powinny zakończyć się pod koniec tego miesiąca.

Umowa kompleksowa, dzięki której odbiorcy prądu opłacą tylko jedną fakturę zamiast dwóch (za sprzedaż energii i jej dystrybucję), usprawni proces zmiany sprzedawcy i obniży jego koszty.

– To jest jedyne narzędzie obrony po stronie klienta – powiedzieć „nie” dotychczasowemu sprzedawcy, jeżeli żąda nieakceptowalnych, zbyt wygórowanych cen i wybrać sobie nowego. Ta procedura musi być łatwa, realizowalna, także przez samych operatorów systemów dystrybucyjnych i to w sposób masowy – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marek Woszczyk.

Prezes URE wymaga, by koncerny energetyczne wypracowały jeden wspólny wzór umowy. Każdy sprzedawca energii będzie musiał zawrzeć z operatorem systemu dystrybucyjnego, do którego należy sieć, na obszarze której sprzedawca chce obsługiwać klientów, tzw. GUD kompleksowy, czyli generalną umowę dystrybucyjną.

Ma ona gwarantować wszystkim sprzedawcom możliwość zaoferowania klientom, jednej kompleksowej umowy. Jednak spółki od prawie dwóch lat spierają się, co do szczegółów technicznych, które uniemożliwiają efektywne wdrożenie powszechnych umów kompleksowych dostępnych dla wszystkich sprzedawców.

– Chcemy mieć gwarancję, że to jest po prostu możliwe. Nie wystarczają mi deklaracje, polegające na tym, że oto uzgodniliśmy kolejny wzorzec tej czy innej umowy, tylko to musi być wdrażalne do praktyki rynkowej. Zatem uzgodnienie wzorca to jedno, ale wdrożenie i przełożenie tego na rzeczywistość biznesową to osobna kwestia. Będziemy monitorowali wdrożenie tego dokumentu do praktyki biznesowej – zapowiada Marek Woszczyk.

Źródło: Newseria

Tegoroczna zima pasuje do hipotezy nt. skutków ocieplenia
środa 2013-04-03

Tegoroczna, długa i stabilna zima w naszej części świata wydaje się pasować do hipotezy na temat zmian sposobu transportu ciepła przez ocean i atmosferę wskutek globalnego ocieplenia - powiedział PAP fizyk atmosfery, prof. Szymon Malinowski.

Z punktu widzenia fizyka klimat zależy od sposobu transportu ciepła przez ocean i atmosferę od równika do biegunów. Ważne jest też to, gdzie i ile ciepła Ziemia dostaje, oraz gdzie i ile wypromieniowuje w kosmos - tłumaczy prof. Malinowski z Zakładu Fizyki Atmosfery Wydziału Fizyki na Uniwersytecie Warszawskim. Związane z tym procesy współdecydują o tym, jak w poszczególnych częściach świata wyglądają pory roku.

"Cały ten układ podlega jednak zmianom, do których dochodzi m.in. wskutek topnienia Arktyki, zwłaszcza w porze letniej" - zauważa fizyk. - Dawniej pokryta lodem Arktyka była biała, dzięki czemu odbijała większość promieni słonecznych, jakie do niej docierały. Obecnie latem miejsce białego lodu w coraz większym stopniu zajmuje ciemna powierzchnia oceanu, który nie odbija promieniowania słońca, tylko je pochłania. W efekcie wody Arktyki nagrzewają się, co zmienia kontrast temperatur wody pomiędzy biegunem a równikiem. Ponieważ od tego kontrastu zależy sposób transportu ciepła, topnienie lodu na biegunie północnym odbija się na klimacie całej półkuli, a szczególnie na obszarach wokół Północnego Atlantyku".

Prof. Malinowski przypuszcza, że mijającej zimy odczuliśmy konsekwencje takich właśnie zmian. "Przeważnie w porze zimowej w Polsce dominowały przepływy mas powietrza płynącego z zachodu i północnego zachodu. Nieco rzadziej zdarzały się przepływy z północy, ze wschodu bądź z południa. Obecnie wydaje się, że maleje zmienność kierunków cyrkulacji, dominują bardziej stałe reżimy transportu ciepła. Ciepłe powietrze ze stref zwrotnikowych wędruje nad Atlantykiem ku północy, nie docierając nad Polskę. Ponieważ jednak sam schemat transportu powietrza - ciepłego na północ a zimnego na południe - musi być zachowany, nad Polskę napływa wtedy zimne powietrze znad kontynentu azjatyckiego" - opowiada.

"Zimą tego roku właściwie nie było wichur, powodujących silne sztormy na Bałtyku, podtopienia, zniszczenia na lądzie, co zdarza się często, gdy zimą przeważa napływ powietrza z zachodu" - zaznacza prof. Malinowski.

Ponieważ klimat zależy od mnóstwa czynników bardzo subtelnych i zmiennych, na podstawie pojedynczo pojawiających się zim wyjątkowo śnieżnych czy długotrwałych trudno jest ostatecznie potwierdzić hipotezę dotyczącą zmian przepływu mas powietrza - zastrzega fizyk. "Widać jednak, że tegoroczny układ pasuje do tej hipotezy, podobnie jak kilka innych zjawisk atmosferycznych, np. ciepło w atlantyckiej części Arktyki, zwłaszcza na Grenlandii, czy częstsze niż dawniej długotrwałe fale upałów i susze w umiarkowanych szerokościach geograficznych w ciepłej porze roku" - mówi.

Jeśli hipoteza jest trafna, to oznacza, że zimy takie jak obecnie mogą się u nas w przyszłości zdarzać częściej - zauważa prof. Malinowski.

Wspomnianą hipotezę fizycy atmosfery i klimatolodzy badają od pewnego czasu. Szanse na lepsze zrozumienie związanych z nią zjawisk dają stale doskonalone modele globalnej cyrkulacji atmosfery.

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl