Klimat Dla ZiemiiSzkoła z klimatem
Newsletter

Bądź na bieżąco? Zapisz sie do newslettera!

Partnerzy i przyjaciele
Partnerzy i przyjaciele
Licznik odwiedzin: 28469662

Zaoszczędzimy 23 miliony złotych rocznie dzięki energooszczędnym budynkom publicznym
poniedziałek 2013-05-13

Polska zdecydowała się podnieść standard energetyczny dla nowych budynków użyteczności publicznej – informuje WWF Polska. Dzięki temu roczne koszty utrzymania 900 obiektów finansowanych z budżetu państwa spadną o prawie 23 miliony złotych. Jak podkreślają eksperci Instytutu Techniki Budowlanej, którzy przygotowali analizę prezentującą skutki wejścia w życie regulacji, zwrot takiej inwestycji nastąpi już po 8 latach.

Zmiany w przepisach powstały w wyniku uzgodnień pomiędzy Ministerstwami Gospodarki, Finansów oraz Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej. Analitycy Instytutu oceniają, że w Polsce rocznie wydaje się około 900 decyzji o pozwoleniu na budowę obiektów użyteczności publicznej. Doprowadzenie ich do wyższego standardu energetycznego będzie wiązało się z dodatkowym wydatkiem rzędu 100 zł za metr kwadratowy, co oznacza, że w 2014 roku nakłady na ten cel wyniosą prawie 171 mln zł. Jak podkreślają eksperci koszty te ze względu na rozwój technologii pozwalających na efektywne wykorzystanie odnawialnych źródeł energii będą jednak systematycznie spadać, by w 2018 roku osiągnąć pułap 139 mln zł.

Jak wynika z analizy Instytutu Techniki Budowlanej nowe uregulowania doprowadzą do obniżenia rachunków związanych z kosztami utrzymania i eksploatacji budynków. Wyższy standard energetyczny zapewni energooszczędnym obiektom zmniejszone zapotrzebowanie na energię wykorzystywaną do ogrzewania, wentylacji i przygotowania ciepłej wody użytkowej. Będzie się to wiązało z rocznymi oszczędnościami na poziomie 9,8 mln zł. Z kolei niższe koszty oświetlenia budynków pozwolą na redukcję wydatków sięgającą 13 mln zł. Oznacza to, że w połączeniu ze spadkiem zapotrzebowania na energię do ich chłodzenia kwota rocznych oszczędności wyniesie blisko 23 mln zł. Dzięki temu energooszczędne obiekty skonstruowane w myśl nowych przepisów zwrócą się po około 8 latach eksploatacji.

Należy podkreślić, że budynki odpowiadają za 40 procent łącznego zużycia energii w Unii Europejskie - mówi Monika Marks z WWF Polska. - W związku z tym, cieszy nas fakt, że przedstawiciele administracji centralnej zaczynają dostrzegać potencjał w stosowaniu nowoczesnych rozwiązań w obiektach użyteczności publicznej. Wypracowane porozumienie pozwoli nie tylko zmniejszyć straty energii w budynkach, ale również przyczyni się do poprawy stanu środowiska naturalnego poprzez redukcję emisji CO2 do atmosfery. Co więcej przyniesie znaczne ograniczenie wydatków związanych z ich użytkowaniem. Sektor publiczny odgrywa ważną wzorcową rolę i powinien jako pierwszy podjąć działania, wykazując tym samym, że efektywność energetyczna się po prostu opłaca.

Źródło: WWF

Wkrótce rozpocznie się kolejny nabór wniosków o dofinansowanie z funduszy EOG
poniedziałek 2013-05-13

Ponad 67 milionów euro wynosi alokacja z funduszy EOG na planowany, otwarty nabór wniosków o dofinansowanie projektów ukierunkowanych na poprawę efektywności energetycznej w budynkach i wzrost produkcji ze źródeł odnawialnych.

Komitet ds. Wyboru Projektów dla Programu Operacyjnego PL04 Oszczędzanie energii i promowanie odnawialnych źródeł energii, zatwierdził kryteria wyboru projektów - dokumenty do pobrania opublikowane są na stronie internetowej Ministerstwa. Przyjęte kryteria zostały przekazane do konsultacji do Biura Mechanizmów Finansowych w Brukseli i mogą ulec zmianom w wyniku zgłoszonych uwag.

Ogłoszenie naboru jest planowane na koniec maja 2013 roku.

Zobacz szczegóły i dokumenty

Źródło: Ministerstwo Środowiska

Resort gospodarki chce stworzyć fundusz do interwencji na rynku energii
czwartek 2013-05-09

Ministerstwo Gospodarki rozmawia z przedsiębiorcami i instytucjami mogącymi powołać fundusz, który stabilizowałby rynek zielonych certyfikatów. Miały one zachęcać do inwestowania w nowoczesne, ekologiczne technologie, jednak ten instrument okazał się nieskuteczny i mało przewidywalny. Dlatego ministerstwo chce, by jeszcze w tym roku przy wsparciu ze strony państwa powstał fundusz, za pomocą którego możliwa byłaby interwencja na rynku.

– Rynek zielonych certyfikatów jest kryzysowy i niestabilny, a to nie sprzyja rozwojowi energetyki odnawialnej – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jerzy Witold Pietrewicz, wiceminister gospodarki.

Od niemal roku zielone certyfikaty taniały tak mocno, że przedsiębiorcom zajmującym się sprzedażą energii elektrycznej odbiorcom końcowym, nie opłacało się inwestować w zielone technologie. Mogli kupić te świadectwa pochodzenia energii elektrycznej wytworzonej w odnawialnych źródłach energii po ok. 100 zł/MWh, czyli taniej niż zapłaciliby za pozyskanie własnych certyfikatów (muszą określoną ich liczbę uzyskać i przedstawić do umorzenia Prezesowi Urzędu Regulacji Energetyki lub uiścić opłatę zastępczą, która wynosi ok. 280 zł/MWh).

– Państwo powinno zrobić wszystko, żeby ten rynek ustabilizować. Takie działania podejmujemy. Mają one w dużej mierze mają charakter długofalowy. Natomiast dla decyzji inwestycyjnych potrzebna jest też krótkookresowa stabilność rynku – uważa wiceminister.

Stąd poszukiwanie rozwiązań instytucjonalnych i pomysł utworzenia specjalnego funduszu stabilizującego. Miałby on skupować zielone certyfikaty w przypadku dużej nadpodaży i spadku cen. Zdaniem wiceministra, państwo nie powinno mocno ingerować w rynek, więc taka instytucja mogłaby zostać powołana przez jego uczestników.

– Ma to być system dobrowolny dla uczestników rynku, nie będziemy regulowali go żadną ustawą. W związku z tym on musi być do przyjęcia dla stron, one muszą widzieć w tym swój interes, dlatego też rozmawiamy z rynkiem na ten temat i odbiór jest bardzo pozytywny – mówi Jerzy Witold Pietrewicz.

Rząd zamierza wspierać utworzenie funduszu licząc, że nastąpi to jeszcze w tym roku.

– Uczestnicy rynku mogliby tworzyć odpis np. od zielonych certyfikatów, który zasilałby fundusz stabilizacyjny. Jego przeznaczeniem byłaby rola interwencyjna, a więc niedopuszczanie do nadmiernych wahań cenowych na tym rynku. Kluczowa jest kwestia zasilania, czyli środki finansowe. W naszej ocenie mogłoby to być partnerstwo publiczno-prywatne – informuje Jerzy Witold Pietrewicz.

Wówczas, według resortu, naturalnym partnerem publicznym wydaje się być Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Tu jednak przeszkodą mogą okazać się unijne przepisy mówiące o dopuszczalności pomocy publicznej tylko w określonych sytuacjach. Trwają analizy, czy taka formuła jest możliwa do zastosowania.

Zielone certyfikaty są to prawa majątkowe, które co roku muszą kupować spółki sprzedające energię odbiorcom, jeśli nie produkują jej wystarczająco dużo z odnawialnych źródeł. Ma to mobilizować do produkcji ekologicznej energii. Jednak w ciągu ostatnich dwóch lat jej produkcja była większa niż ustawowy obowiązek. Dodatkowo część spółek, zamiast kupować zielone certyfikaty, wolała odprowadzać tzw. opłatę zastępczą. To sprawiło, że doszło do akumulacji certyfikatów na rynku, a cena, jaką trzeba za nie zapłacić, spadła nawet do 30 proc. ich wartości. Stąd pomysły na zmianę systemu wsparcia produkcji energii z odnawialnych źródeł.

Źródło: Newseria

Komisarz UE ds. środowiska: gospodarka niskoemisyjna szansą Europy
czwartek 2013-05-09

Komisja Europejska nadal popiera pomysł backloadingu na rynku CO2. Technologie niskoemisyjne to przyszłość, a gospodarki, które zaczną je stosować jak najwcześniej, w dłuższej perspektywie czasu skorzystają na tym w znaczącym stopniu – mówi Janez Potočnik, komisarz UE ds. środowiska.

Parlament Europejski odrzucił 16 kwietnia br. propozycję Komisji Europejskiej dotyczącą tzw. backloadingu na rynku emisji CO2. Co sądzi pan o decyzji Parlamentu Europejskiego?

- Jestem rozczarowany. Europa potrzebuje prężnego rynku emisji CO2, ponieważ jest to najlepszy sposób osiągnięcia wyznaczonych przez nas celów klimatycznych oraz przyspieszenia procesu wprowadzania w życie innowacji. Może się to wydawać paradoksalne, ponieważ inne rynki emisji CO2 na świecie zdają się zmierzać w odwrotnym kierunku.

Nie zapominajmy jednak, że to nie koniec. W chwili obecnej propozycja powróciła do komisji Parlamentu Europejskiego ds. środowiska w celu dalszego rozpatrzenia.

Widać wyraźnie, że powinniśmy zastanowić się nad sposobem, w jaki Parlament zagłosował w zeszłym miesiącu i starannie przemyśleć dalsze kroki. Stanowisko Rady Europy będzie tutaj istotnym czynnikiem, zaś państwa członkowskie już omawiają zaistniałą sytuację na tym forum. Tutaj, w Komisji, jesteśmy niezmiennie przekonani, że w krótszej perspektywie czasu backloading pomoże przywrócić zaufanie do europejskiego systemu handlu emisjami (EU ETS), a także zapełnić powstałą pustkę do czasu podjęcia przez nas decyzji w sprawie zastosowania środków o bardziej formalnym charakterze. W każdym przypadku istnieć będą również inne możliwości.

Politycy i przedstawiciele przemysłu z wielu krajów UE dowodzą, że ograniczenie emisji CO2 będzie miało szkodliwy wpływ na gospodarki krajów europejskich. Czy zgadza się pan z tym stwierdzeniem?

- Nie. Jestem głęboko przekonany, że technologie niskoemisyjne to przyszłość, a gospodarki, które zaczną je stosować jak najwcześniej, w dłuższej perspektywie czasu skorzystają na tym w o wiele większym stopniu. Europa posiada coś, co często nazywam cichą większością podmiotów wprowadzających innowacje - przedsiębiorców, firm i pracowników etatowych, którzy tworzą najbardziej wyrafinowane technologie i opracowują nowe metody produkcji, które dostarczać będą rozwiązań potrzebnych nam w gospodarce przyszłości. Europa znana jest z bogatych tradycji w tej dziedzinie, choć w chwili obecnej istnieje zagrożenie, że niektórzy spośród naszych partnerów handlowych pozostawią nas w tyle.

Źródło: wnp.pl

Będą ulgi dla przedsiębiorstw energochłonnych
środa 2013-05-08

„Solidarność” grozi strajkiem generalnym, jeśli rząd nie spełni jej postulatów. Jednym z nich jest stworzenie specjalnej ustawy wspierającej przedsiębiorstwa energochłonne. Tymczasem posłowie od miesięcy pracują nad nowelizacją Prawa energetycznego, gdzie przewidziane są ulgi dla takich firm.

NSZZ „Solidarność" domaga się w swoich postulatach przesłanych do premiera, by rząd przygotował ustawę dającą wsparcie przedsiębiorstwom energochłonnym. Konkretnych rozwiązań jednak związek nie przedstawił.

– Sama propozycja nie jest nowa. Ona zresztą wychodzi naprzeciw zaleceniom, rekomendacjom Komisji Europejskiej. My do tego się przygotowujemy – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jerzy Witold Pietrewicz, wiceminister gospodarki odpowiedzialny za energetykę odnawialną.

W ramach tzw. małego trójpaku energetycznego, czyli nowelizacji Prawa energetycznego, posłowie proponują, by odbiorcy przemysłowi z odpowiednich branż zostali częściowo zwolnieni z obowiązku zakupu zielonych certyfikatów. W tym roku wynosi on 12 proc. wolumenu zużytej energii. W katalogu tych branż znaleźli się m.in. producenci węgla kamiennego lub rud metali nieżelaznych, papieru, chemikaliów, a także żywności. Skorzystać z ulg mogą przedsiębiorcy zużywający przynajmniej 100 GWh energii rocznie, której koszt wyniósł nie mniej niż 3 proc. w zależności od poziomu energochłonności swojej produkcji.

– Będziemy mieli trzy przedziały, w zależności od tego, czy udział energii jest mniejszy bądź większy, ta pomoc będzie wyższa. Dotyczy to ulgi w zakresie zielonych certyfikatów, gdzie obowiązki związane z uiszczaniem ich będą do 80 proc. mniejsze – informuje wiceminister.

Zgodnie z tymi propozycjami, odbiorcom energochłonnym zakres obowiązku uzyskania i umorzenia świadectw pochodzenia będzie zmniejszony o 80 proc., jeśli koszt energii przekracza 12 proc. wartości jego produkcji; o 40 proc., jeśli koszt energii wynosi między 7 a 12 proc. wartości jego produkcji i o 20 proc., jeśli ten koszt jest pomiędzy 3 a 7 proc. wartości produkcji.

– To są propozycje resortu gospodarki. Znalazły się w tzw. małym trójpaku energetycznym. W związku z tym jest szansa, że bardzo szybko wejdą w życie – mówi Jerzy Witold Pietrewicz. – Wbrew pozorom takich przedsiębiorców w Polsce nie jest dużo. Mogę powiedzieć, że w każdym z tych przedziałów jest to kilkanaście firm.

Zielone certyfikaty to prawa majątkowe. Co roku przedsiębiorcy zajmującym się sprzedażą energii elektrycznej odbiorcom końcowym, określoną ich liczbę muszą uzyskać i przedstawić do umorzenia Prezesowi Urzędu Regulacji Energetyki. Jeśli tego nie zrobią, muszą uiścić opłatę zastępczą, która wynosi ok. 280 zł/MWh. Jest to dowód, że część energii, którą wytworzyli pochodzi z odnawialnych źródeł energii (OZE). Jeśli dana firma nie produkuje energii z OZE, może zapłacić za taki certyfikat innej.

Nowością jest to, że same przedsiębiorstwa, które do tej pory kupowały energię, będą mogły kupić i umorzyć certyfikaty (teraz robią to tylko sprzedawcy energii). To może oznaczać, że będą mniej płacili za prąd, bo kupią na rynku tańsze certyfikaty. Dodatkowo będą musieli przedstawić mniejszą liczbę tych świadectw niż sprzedawcy energii, co także przyniesie oszczędności.

Źródło: Newseria

Topnieje lodowy dom ludzi i reniferów - Arktyka stoi u progu wielkich zmian
wtorek 2013-05-07

Nawet sto tysięcy ludzi na ziemi zajmuje się hodowlą ok. 2,5 mln reniferów. Przetrwaniu ich wielowiekowej tradycji i kultury zagrażają zmiany klimatu i coraz większe zainteresowanie surowcami w rozmarzającej Arktyce.

Dla ogromnej grupy mieszkańców rejonu arktycznego i subarktycznego "renifery to praktycznie wszystko - pozwalają się najeść, ubrać, są środkiem transportu i punktem odniesienia do świata, gdyż zajmowanie się tymi zwierzętami wymusza na ludziach koczowniczy tryb życia" - tłumaczył w rozmowie z PAP dyrektor Międzynarodowego Centrum Hodowli Reniferów (ICR) w Norwegii, Anders Oskal.

Właśnie z powodu migracji reniferów nigdy nie udomowiono w takim stopniu, jak krów czy świń. Zwierzęta te migrują niemal przez okrągły rok w poszukiwaniu letnich pastwisk, okolic, gdzie przetrwają zimę, miejsc godów i rozrodu. Ich hodowcy poddają się temu rytmowi i też wędrują. "To bardzo tradycyjne, koczownicze życie, w bliskiej łączności z naturą. Jest to jednocześnie model zarządzania Arktyką, dostosowany do jej trudnych warunków" - zauważył Oskal.

Ludy północy wyjątkowo intensywnie odczuwają zmiany związane z ociepleniem, zauważane także w innych częściach Ziemi. Ocieplenie ma na hodowców reniferów bezpośredni wpływ, gdyż przekłada się na cykle pojawiania się i zanikania śniegu, dostępność i jakość pastwisk. Coraz większym wyzwaniem będą cieplejsze lata, zmieniające się gatunki roślin i długość sezonu wegetacji.

Od jakiegoś czasu eksperci badają ludy północy pod kątem zdolności do przystosowania - podkreślił Oskal. Studenci wypytują pasterzy o ich obserwacje związane ze zmianami w środowisku; na uczelniach powstają instytuty badające problemy Arktyki i lokalne strategie adaptacji. Naukowcy znają coraz więcej przykładów wykorzystania przez pasterzy tradycyjnej wiedzy, pozwalającej dostosować się do nowych warunków, jak choćby do owadów, często licznych i należących do niespotykanych wcześniej gatunków, pojawiających się na północy podczas coraz wilgotniejszego lata. Niektóre z tych owadów mogą zagrażać zdrowiu zwierząt. Pasterze trzymają je na dystans, paląc specjalne odmiany mchu, który daje intensywny dym, albo zatrzymując się w chłodniejszych, wolnych od owadów okolicach, np. w korytach rzek, gdzie przez cały rok trzyma wieczna zmarzlina.

Wyrazem przystosowania jest też selekcja, dzięki której zwierzęta lepiej sobie radzą w lokalnych warunkach. Tak właśnie postępują Czukcze, których renifery "są niczym kulturyści" - tłumaczył Oskal na kwietniowej konferencji Arctic Science Summit Week w Krakowie. Samce stają się duże i silne także dzięki kastracji. Później łatwiej im brnąć nawet w bardzo wysokim śniegu.

Zdaniem dyrektora ICR tradycyjna wiedza pasterzy reniferów "to nie muzeum, a wiedza przyszłości". Mogą z niej korzystać nie tylko hodowcy, ale i politycy czy badacze, którzy chcą monitorować zmiany klimatu i lepiej na nie reagować - mówił.

Jak podkreślają eksperci, ważniejsze od zmian klimatu będą ich pośrednie konsekwencje, związane z topnieniem lodu morskiego w Arktyce i otwieraniem nowych szlaków żeglownych, zmianami w łowiskach czy napływem turystów.

Jednak przede wszystkim przyszłość bogatej kultury związanej z hodowlą reniferów stoi pod znakiem zapytania dlatego, że zajmuje ona tereny bogate w zasoby ropy i gazu, które z powodu ocieplenia stają się coraz bardziej dostępne. "Na naszych oczach Arktyka staje się integralną częścią globalnej ekonomii. Z powodu kryzysu paliwowego realizuje się tam inwestycje, które jeszcze niedawno były nieopłacalne. Rozwój jest coraz bardziej intensywny i zmienia życie ludzi z północy" - mówił Oskal.

Oś konfliktu ma związek w rozwojem infrastruktury (np. budowy sieci rurociągów) na terenach zajmowanych przez pastwiska i na szlakach migracji reniferów.

"Zasoby są bardzo ważne dla arktycznych państw i całej ludzkości. Trzeba też zrozumieć, że hodowla reniferów nie stoi w sprzeczności z rozwojem regionu. Dlatego pytanie nie brzmi: +czy je wydobywać?+, ale: +jak powinno się to robić?+ - podkreślił Oskal. - Włączenie społeczności hodowców w procesy związane z rozwojem regionu już na najwcześniejszych etapach pozwoli wykorzystać ich bogatą wiedzę na temat regionu i pogodzić rozwój z interesami miejscowych".

Wyraźny konflikt widać na terenach zajmowanych przez Nieńców, zamieszkujących północ Rosji, na styku Europy i azjatyckiej części Syberii, gdzie na tradycyjne tereny wypasu wkroczyły firmy wydobywcze. Skalę problemu pozwala ocenić projekt MODIL-NAO, realizowany przez Norweski Instytut Polarny (NIP) wraz ze stowarzyszeniem Nieńców z regionu Jasawiej. W ramach projektu zbierane są dane satelitarne czy pochodzące z analiz, np. prawniczych. Wiedzy nt. warunków życia miejscowych (np. hodowli reniferów, dostępności zwierzyny łownej, struktury wydatków i przychodów, wpływu obecności instalacji wydobywczych na tradycyjne życie w tundrze) dostarczają kwestionariusze wypełniane przez samych Nieńców. W efekcie powstaje baza danych obrazująca sposób wykorzystania ziemi przez jej tradycyjnych mieszkańców i firmy wydobywcze.

"Tubylcy potrzebują wiedzy, by pertraktować z władzami oraz firmami i uczestniczyć w podejmowaniu decyzji. Chodzi o wiedzę na temat ich zysków i strat, rozwoju okolic oraz wpływu różnych procesów na ich tereny. Władze i firmy nie dostarczają im wystarczającej liczby danych" - podkreślał na krakowskiej konferencji Winfried Dallmann z NIP.

Dotychczasowe analizy pozwoliły ustalić, że rozwój przemysłu wydobywczego w regionie powoduje degradację pastwisk i zmniejszanie ich powierzchni. W tym samym czasie wśród społeczności Nieńców widać zanik tradycyjnej wiedzy, zmianę tradycyjnych wartości, pojawia się bezrobocie i alkoholizm. Miejscowi narzekają na składowanie odpadów w obrębie ich pastwisk, kłusownictwo czy ataki bezpańskich psów na renifery.

Jednocześnie ustalono, że tubylcy mają minimalny (lub żaden) wpływ na decyzje podejmowane w związku z eksploracją w rejonie i budową instalacji wydobywczych. Problemem jest brak kontroli sposobów wykorzystywania środowiska przez firmy. Firmy wydobywcze rozjeżdżają letnie pastwiska reniferów, zanieczyszczają jeziora i rzeki. Tylko kilka firm przestrzega zobowiązań wobec miejscowych. Przy dwóch poziomach stanowienia prawa, krajowym i regionalnym, rozmywa się odpowiedzialność związana z wymuszaniem respektowania prawa - podkreślił Dallman.

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl