Polska zdecydowała się podnieść standard energetyczny dla
nowych budynków użyteczności publicznej – informuje WWF Polska. Dzięki
temu roczne koszty utrzymania 900 obiektów finansowanych z budżetu
państwa spadną o prawie 23 miliony złotych. Jak podkreślają eksperci
Instytutu Techniki Budowlanej, którzy przygotowali analizę prezentującą
skutki wejścia w życie regulacji, zwrot takiej inwestycji nastąpi już po
8 latach.
Zmiany
w przepisach powstały w wyniku uzgodnień pomiędzy Ministerstwami
Gospodarki, Finansów oraz Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej.
Analitycy Instytutu oceniają, że w Polsce rocznie wydaje się około 900
decyzji o pozwoleniu na budowę obiektów użyteczności publicznej.
Doprowadzenie ich do wyższego standardu energetycznego będzie wiązało
się z dodatkowym wydatkiem rzędu 100 zł za metr kwadratowy, co oznacza,
że w 2014 roku nakłady na ten cel wyniosą prawie 171 mln zł. Jak
podkreślają eksperci koszty te ze względu na rozwój technologii
pozwalających na efektywne wykorzystanie odnawialnych źródeł energii
będą jednak systematycznie spadać, by w 2018 roku osiągnąć pułap 139 mln
zł.
Jak wynika z analizy Instytutu Techniki Budowlanej nowe uregulowania
doprowadzą do obniżenia rachunków związanych z kosztami utrzymania i
eksploatacji budynków. Wyższy standard energetyczny zapewni
energooszczędnym obiektom zmniejszone zapotrzebowanie na energię
wykorzystywaną do ogrzewania, wentylacji i przygotowania ciepłej wody
użytkowej. Będzie się to wiązało z rocznymi oszczędnościami na poziomie
9,8 mln zł. Z kolei niższe koszty oświetlenia budynków pozwolą na
redukcję wydatków sięgającą 13 mln zł. Oznacza to, że w połączeniu ze
spadkiem zapotrzebowania na energię do ich chłodzenia kwota rocznych
oszczędności wyniesie blisko 23 mln zł. Dzięki temu energooszczędne
obiekty skonstruowane w myśl nowych przepisów zwrócą się po około 8
latach eksploatacji.
Należy podkreślić, że budynki odpowiadają za 40 procent łącznego
zużycia energii w Unii Europejskie - mówi Monika Marks z WWF Polska. - W
związku z tym, cieszy nas fakt, że przedstawiciele administracji
centralnej zaczynają dostrzegać potencjał w stosowaniu nowoczesnych
rozwiązań w obiektach użyteczności publicznej. Wypracowane porozumienie
pozwoli nie tylko zmniejszyć straty energii w budynkach, ale również
przyczyni się do poprawy stanu środowiska naturalnego poprzez redukcję
emisji CO2 do atmosfery. Co więcej przyniesie znaczne ograniczenie
wydatków związanych z ich użytkowaniem. Sektor publiczny odgrywa ważną
wzorcową rolę i powinien jako pierwszy podjąć działania, wykazując tym
samym, że efektywność energetyczna się po prostu opłaca.
Źródło: WWF
Ponad 67 milionów euro wynosi alokacja z funduszy EOG na
planowany, otwarty nabór wniosków o dofinansowanie projektów
ukierunkowanych na poprawę efektywności energetycznej w budynkach i
wzrost produkcji ze źródeł odnawialn
ych.
Komitet ds. Wyboru Projektów dla Programu Operacyjnego PL04
Oszczędzanie energii i promowanie odnawialnych źródeł energii,
zatwierdził kryteria wyboru projektów - dokumenty do pobrania
opublikowane są na stronie internetowej Ministerstwa. Przyjęte kryteria
zostały przekazane do konsultacji do Biura Mechanizmów Finansowych w
Brukseli i mogą ulec zmianom w wyniku zgłoszonych uwag.
Ogłoszenie naboru jest planowane na koniec maja 2013 roku.
Zobacz szczegóły i dokumenty
Źródło: Ministerstwo Środowiska
Ministerstwo Gospodarki rozmawia z przedsiębiorcami i
instytucjami mogącymi powołać fundusz, który stabilizowałby rynek
zielonych certyfikatów. Miały one zachęcać do inwestowania w nowoczesne,
ekologiczne technologie, jednak ten instrument okazał się nieskuteczny i
mało przewidywalny. Dlatego ministerstwo chce, by jeszcze w tym roku
przy wsparciu ze strony państwa powstał fundusz, za pomocą którego
możliwa byłaby interwencja na rynku.
–
Rynek zielonych certyfikatów jest kryzysowy i niestabilny, a to nie
sprzyja rozwojowi energetyki odnawialnej – podkreśla w rozmowie z
Agencją Informacyjną Newseria Jerzy Witold Pietrewicz, wiceminister
gospodarki.
Od niemal roku zielone certyfikaty taniały tak mocno, że
przedsiębiorcom zajmującym się sprzedażą energii elektrycznej odbiorcom
końcowym, nie opłacało się inwestować w zielone technologie. Mogli kupić
te świadectwa pochodzenia energii elektrycznej wytworzonej w
odnawialnych źródłach energii po ok. 100 zł/MWh, czyli taniej niż
zapłaciliby za pozyskanie własnych certyfikatów (muszą określoną ich
liczbę uzyskać i przedstawić do umorzenia Prezesowi Urzędu Regulacji
Energetyki lub uiścić opłatę zastępczą, która wynosi ok. 280 zł/MWh).
– Państwo powinno zrobić wszystko, żeby ten rynek ustabilizować. Takie
działania podejmujemy. Mają one w dużej mierze mają charakter
długofalowy. Natomiast dla decyzji inwestycyjnych potrzebna jest też
krótkookresowa stabilność rynku – uważa wiceminister.
Stąd poszukiwanie rozwiązań instytucjonalnych i pomysł utworzenia
specjalnego funduszu stabilizującego. Miałby on skupować zielone
certyfikaty w przypadku dużej nadpodaży i spadku cen. Zdaniem
wiceministra, państwo nie powinno mocno ingerować w rynek, więc taka
instytucja mogłaby zostać powołana przez jego uczestników.
– Ma to być system dobrowolny dla uczestników rynku, nie będziemy
regulowali go żadną ustawą. W związku z tym on musi być do przyjęcia dla
stron, one muszą widzieć w tym swój interes, dlatego też rozmawiamy z
rynkiem na ten temat i odbiór jest bardzo pozytywny – mówi Jerzy Witold
Pietrewicz.
Rząd zamierza wspierać utworzenie funduszu licząc, że nastąpi to jeszcze w tym roku.
– Uczestnicy rynku mogliby tworzyć odpis np. od zielonych certyfikatów,
który zasilałby fundusz stabilizacyjny. Jego przeznaczeniem byłaby rola
interwencyjna, a więc niedopuszczanie do nadmiernych wahań cenowych na
tym rynku. Kluczowa jest kwestia zasilania, czyli środki finansowe. W
naszej ocenie mogłoby to być partnerstwo publiczno-prywatne – informuje
Jerzy Witold Pietrewicz.
Wówczas, według resortu, naturalnym partnerem publicznym wydaje się być
Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Tu jednak
przeszkodą mogą okazać się unijne przepisy mówiące o dopuszczalności
pomocy publicznej tylko w określonych sytuacjach. Trwają analizy, czy
taka formuła jest możliwa do zastosowania.
Zielone certyfikaty są to prawa majątkowe, które co roku muszą kupować
spółki sprzedające energię odbiorcom, jeśli nie produkują jej
wystarczająco dużo z odnawialnych źródeł. Ma to mobilizować do produkcji
ekologicznej energii. Jednak w ciągu ostatnich dwóch lat jej produkcja
była większa niż ustawowy obowiązek. Dodatkowo część spółek, zamiast
kupować zielone certyfikaty, wolała odprowadzać tzw. opłatę zastępczą.
To sprawiło, że doszło do akumulacji certyfikatów na rynku, a cena, jaką
trzeba za nie zapłacić, spadła nawet do 30 proc. ich wartości. Stąd
pomysły na zmianę systemu wsparcia produkcji energii z odnawialnych
źródeł.
Źródło: Newseria
Komisja Europejska nadal popiera pomysł backloadingu na rynku
CO2. Technologie niskoemisyjne to przyszłość, a gospodarki, które zaczną
je stosować jak najwcześniej, w dłuższej perspektywie czasu skorzystają
na tym w znaczącym stopniu – mówi Janez Potočnik, komisarz UE ds.
środowiska.
Parlament
Europejski odrzucił 16 kwietnia br. propozycję Komisji Europejskiej
dotyczącą tzw. backloadingu na rynku emisji CO2. Co sądzi pan o decyzji
Parlamentu Europejskiego?
- Jestem rozczarowany. Europa potrzebuje prężnego rynku emisji CO2,
ponieważ jest to najlepszy sposób osiągnięcia wyznaczonych przez nas
celów klimatycznych oraz przyspieszenia procesu wprowadzania w życie
innowacji. Może się to wydawać paradoksalne, ponieważ inne rynki emisji
CO2 na świecie zdają się zmierzać w odwrotnym kierunku.
Nie zapominajmy jednak, że to nie koniec. W chwili obecnej propozycja
powróciła do komisji Parlamentu Europejskiego ds. środowiska w celu
dalszego rozpatrzenia.
Widać wyraźnie, że powinniśmy zastanowić się nad sposobem, w jaki
Parlament zagłosował w zeszłym miesiącu i starannie przemyśleć dalsze
kroki. Stanowisko Rady Europy będzie tutaj istotnym czynnikiem, zaś
państwa członkowskie już omawiają zaistniałą sytuację na tym forum.
Tutaj, w Komisji, jesteśmy niezmiennie przekonani, że w krótszej
perspektywie czasu backloading pomoże przywrócić zaufanie do
europejskiego systemu handlu emisjami (EU ETS), a także zapełnić
powstałą pustkę do czasu podjęcia przez nas decyzji w sprawie
zastosowania środków o bardziej formalnym charakterze. W każdym
przypadku istnieć będą również inne możliwości.
Politycy i przedstawiciele przemysłu z wielu krajów UE dowodzą, że
ograniczenie emisji CO2 będzie miało szkodliwy wpływ na gospodarki
krajów europejskich. Czy zgadza się pan z tym stwierdzeniem?
- Nie. Jestem głęboko przekonany, że technologie niskoemisyjne to
przyszłość, a gospodarki, które zaczną je stosować jak najwcześniej, w
dłuższej perspektywie czasu skorzystają na tym w o wiele większym
stopniu. Europa posiada coś, co często nazywam cichą większością
podmiotów wprowadzających innowacje - przedsiębiorców, firm i
pracowników etatowych, którzy tworzą najbardziej wyrafinowane
technologie i opracowują nowe metody produkcji, które dostarczać będą
rozwiązań potrzebnych nam w gospodarce przyszłości. Europa znana jest z
bogatych tradycji w tej dziedzinie, choć w chwili obecnej istnieje
zagrożenie, że niektórzy spośród naszych partnerów handlowych pozostawią
nas w tyle.
Źródło: wnp.pl
„Solidarność” grozi strajkiem generalnym, jeśli rząd nie spełni
jej postulatów. Jednym z nich jest stworzenie specjalnej ustawy
wspierającej przedsiębiorstwa energochłonne. Tymczasem posłowie od
miesięcy pracują nad nowelizacją Prawa energetycznego, gdzie
przewidziane są ulgi dla takich firm.
NSZZ
„Solidarność" domaga się w swoich postulatach przesłanych do premiera,
by rząd przygotował ustawę dającą wsparcie przedsiębiorstwom
energochłonnym. Konkretnych rozwiązań jednak związek nie przedstawił.
– Sama propozycja nie jest nowa. Ona zresztą wychodzi naprzeciw
zaleceniom, rekomendacjom Komisji Europejskiej. My do tego się
przygotowujemy – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria
Jerzy Witold Pietrewicz, wiceminister gospodarki odpowiedzialny za
energetykę odnawialną.
W ramach tzw. małego trójpaku energetycznego, czyli nowelizacji Prawa
energetycznego, posłowie proponują, by odbiorcy przemysłowi z
odpowiednich branż zostali częściowo zwolnieni z obowiązku zakupu
zielonych certyfikatów. W tym roku wynosi on 12 proc. wolumenu zużytej
energii. W katalogu tych branż znaleźli się m.in. producenci węgla
kamiennego lub rud metali nieżelaznych, papieru, chemikaliów, a także
żywności. Skorzystać z ulg mogą przedsiębiorcy zużywający przynajmniej
100 GWh energii rocznie, której koszt wyniósł nie mniej niż 3 proc. w
zależności od poziomu energochłonności swojej produkcji.
– Będziemy mieli trzy przedziały, w zależności od tego, czy udział
energii jest mniejszy bądź większy, ta pomoc będzie wyższa. Dotyczy to
ulgi w zakresie zielonych certyfikatów, gdzie obowiązki związane z
uiszczaniem ich będą do 80 proc. mniejsze – informuje wiceminister.
Zgodnie z tymi propozycjami, odbiorcom energochłonnym zakres obowiązku
uzyskania i umorzenia świadectw pochodzenia będzie zmniejszony o 80
proc., jeśli koszt energii przekracza 12 proc. wartości jego produkcji; o
40 proc., jeśli koszt energii wynosi między 7 a 12 proc. wartości jego
produkcji i o 20 proc., jeśli ten koszt jest pomiędzy 3 a 7 proc.
wartości produkcji.
– To są propozycje resortu gospodarki. Znalazły się w tzw. małym
trójpaku energetycznym. W związku z tym jest szansa, że bardzo szybko
wejdą w życie – mówi Jerzy Witold Pietrewicz. – Wbrew pozorom takich
przedsiębiorców w Polsce nie jest dużo. Mogę powiedzieć, że w każdym z
tych przedziałów jest to kilkanaście firm.
Zielone certyfikaty to prawa majątkowe. Co roku przedsiębiorcy
zajmującym się sprzedażą energii elektrycznej odbiorcom końcowym,
określoną ich liczbę muszą uzyskać i przedstawić do umorzenia Prezesowi
Urzędu Regulacji Energetyki. Jeśli tego nie zrobią, muszą uiścić opłatę
zastępczą, która wynosi ok. 280 zł/MWh. Jest to dowód, że część energii,
którą wytworzyli pochodzi z odnawialnych źródeł energii (OZE). Jeśli
dana firma nie produkuje energii z OZE, może zapłacić za taki certyfikat
innej.
Nowością jest to, że same przedsiębiorstwa, które do tej pory kupowały
energię, będą mogły kupić i umorzyć certyfikaty (teraz robią to tylko
sprzedawcy energii). To może oznaczać, że będą mniej płacili za prąd, bo
kupią na rynku tańsze certyfikaty. Dodatkowo będą musieli przedstawić
mniejszą liczbę tych świadectw niż sprzedawcy energii, co także
przyniesie oszczędności.
Źródło: Newseria
Nawet sto tysięcy ludzi na ziemi zajmuje się hodowlą ok. 2,5
mln reniferów. Przetrwaniu ich wielowiekowej tradycji i kultury
zagrażają zmiany klimatu i coraz większe zainteresowanie surowcami w
rozmarzającej Arktyce.
Dla
ogromnej grupy mieszkańców rejonu arktycznego i subarktycznego
"renifery to praktycznie wszystko - pozwalają się najeść, ubrać, są
środkiem transportu i punktem odniesienia do świata, gdyż zajmowanie się
tymi zwierzętami wymusza na ludziach koczowniczy tryb życia" -
tłumaczył w rozmowie z PAP dyrektor Międzynarodowego Centrum Hodowli
Reniferów (ICR) w Norwegii, Anders Oskal.
Właśnie z powodu migracji reniferów nigdy nie udomowiono w takim
stopniu, jak krów czy świń. Zwierzęta te migrują niemal przez okrągły
rok w poszukiwaniu letnich pastwisk, okolic, gdzie przetrwają zimę,
miejsc godów i rozrodu. Ich hodowcy poddają się temu rytmowi i też
wędrują. "To bardzo tradycyjne, koczownicze życie, w bliskiej łączności z
naturą. Jest to jednocześnie model zarządzania Arktyką, dostosowany do
jej trudnych warunków" - zauważył Oskal.
Ludy północy wyjątkowo intensywnie odczuwają zmiany związane z
ociepleniem, zauważane także w innych częściach Ziemi. Ocieplenie ma na
hodowców reniferów bezpośredni wpływ, gdyż przekłada się na cykle
pojawiania się i zanikania śniegu, dostępność i jakość pastwisk. Coraz
większym wyzwaniem będą cieplejsze lata, zmieniające się gatunki roślin i
długość sezonu wegetacji.
Od jakiegoś czasu eksperci badają ludy północy pod kątem zdolności do
przystosowania - podkreślił Oskal. Studenci wypytują pasterzy o ich
obserwacje związane ze zmianami w środowisku; na uczelniach powstają
instytuty badające problemy Arktyki i lokalne strategie adaptacji.
Naukowcy znają coraz więcej przykładów wykorzystania przez pasterzy
tradycyjnej wiedzy, pozwalającej dostosować się do nowych warunków, jak
choćby do owadów, często licznych i należących do niespotykanych
wcześniej gatunków, pojawiających się na północy podczas coraz
wilgotniejszego lata. Niektóre z tych owadów mogą zagrażać zdrowiu
zwierząt. Pasterze trzymają je na dystans, paląc specjalne odmiany mchu,
który daje intensywny dym, albo zatrzymując się w chłodniejszych,
wolnych od owadów okolicach, np. w korytach rzek, gdzie przez cały rok
trzyma wieczna zmarzlina.
Wyrazem przystosowania jest też selekcja, dzięki której zwierzęta
lepiej sobie radzą w lokalnych warunkach. Tak właśnie postępują Czukcze,
których renifery "są niczym kulturyści" - tłumaczył Oskal na
kwietniowej konferencji Arctic Science Summit Week w Krakowie. Samce
stają się duże i silne także dzięki kastracji. Później łatwiej im brnąć
nawet w bardzo wysokim śniegu.
Zdaniem dyrektora ICR tradycyjna wiedza pasterzy reniferów "to nie
muzeum, a wiedza przyszłości". Mogą z niej korzystać nie tylko hodowcy,
ale i politycy czy badacze, którzy chcą monitorować zmiany klimatu i
lepiej na nie reagować - mówił.
Jak podkreślają eksperci, ważniejsze od zmian klimatu będą ich
pośrednie konsekwencje, związane z topnieniem lodu morskiego w Arktyce i
otwieraniem nowych szlaków żeglownych, zmianami w łowiskach czy
napływem turystów.
Jednak przede wszystkim przyszłość bogatej kultury związanej z hodowlą
reniferów stoi pod znakiem zapytania dlatego, że zajmuje ona tereny
bogate w zasoby ropy i gazu, które z powodu ocieplenia stają się coraz
bardziej dostępne. "Na naszych oczach Arktyka staje się integralną
częścią globalnej ekonomii. Z powodu kryzysu paliwowego realizuje się
tam inwestycje, które jeszcze niedawno były nieopłacalne. Rozwój jest
coraz bardziej intensywny i zmienia życie ludzi z północy" - mówił
Oskal.
Oś konfliktu ma związek w rozwojem infrastruktury (np. budowy sieci
rurociągów) na terenach zajmowanych przez pastwiska i na szlakach
migracji reniferów.
"Zasoby są bardzo ważne dla arktycznych państw i całej ludzkości.
Trzeba też zrozumieć, że hodowla reniferów nie stoi w sprzeczności z
rozwojem regionu. Dlatego pytanie nie brzmi: +czy je wydobywać?+, ale:
+jak powinno się to robić?+ - podkreślił Oskal. - Włączenie społeczności
hodowców w procesy związane z rozwojem regionu już na najwcześniejszych
etapach pozwoli wykorzystać ich bogatą wiedzę na temat regionu i
pogodzić rozwój z interesami miejscowych".
Wyraźny konflikt widać na terenach zajmowanych przez Nieńców,
zamieszkujących północ Rosji, na styku Europy i azjatyckiej części
Syberii, gdzie na tradycyjne tereny wypasu wkroczyły firmy wydobywcze.
Skalę problemu pozwala ocenić projekt MODIL-NAO, realizowany przez
Norweski Instytut Polarny (NIP) wraz ze stowarzyszeniem Nieńców z
regionu Jasawiej. W ramach projektu zbierane są dane satelitarne czy
pochodzące z analiz, np. prawniczych. Wiedzy nt. warunków życia
miejscowych (np. hodowli reniferów, dostępności zwierzyny łownej,
struktury wydatków i przychodów, wpływu obecności instalacji
wydobywczych na tradycyjne życie w tundrze) dostarczają kwestionariusze
wypełniane przez samych Nieńców. W efekcie powstaje baza danych
obrazująca sposób wykorzystania ziemi przez jej tradycyjnych mieszkańców
i firmy wydobywcze.
"Tubylcy potrzebują wiedzy, by pertraktować z władzami oraz firmami i
uczestniczyć w podejmowaniu decyzji. Chodzi o wiedzę na temat ich zysków
i strat, rozwoju okolic oraz wpływu różnych procesów na ich tereny.
Władze i firmy nie dostarczają im wystarczającej liczby danych" -
podkreślał na krakowskiej konferencji Winfried Dallmann z NIP.
Dotychczasowe analizy pozwoliły ustalić, że rozwój przemysłu
wydobywczego w regionie powoduje degradację pastwisk i zmniejszanie ich
powierzchni. W tym samym czasie wśród społeczności Nieńców widać zanik
tradycyjnej wiedzy, zmianę tradycyjnych wartości, pojawia się bezrobocie
i alkoholizm. Miejscowi narzekają na składowanie odpadów w obrębie ich
pastwisk, kłusownictwo czy ataki bezpańskich psów na renifery.
Jednocześnie ustalono, że tubylcy mają minimalny (lub żaden) wpływ na
decyzje podejmowane w związku z eksploracją w rejonie i budową
instalacji wydobywczych. Problemem jest brak kontroli sposobów
wykorzystywania środowiska przez firmy. Firmy wydobywcze rozjeżdżają
letnie pastwiska reniferów, zanieczyszczają jeziora i rzeki. Tylko kilka
firm przestrzega zobowiązań wobec miejscowych. Przy dwóch poziomach
stanowienia prawa, krajowym i regionalnym, rozmywa się odpowiedzialność
związana z wymuszaniem respektowania prawa - podkreślił Dallman.
Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl







