W Pradze odbyło się VII spotkanie polsko-czeskiej Grupy
Roboczej ds. jakości powietrza w rejonach przygranicznych. W obradach
uczestniczyli przedstawiciele Ministerstw Środowiska RP oraz Republiki
Czeskiej, a także Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, urzędów
marszałkowskich oraz wojewódzkich inspektoratów ochrony środowiska
województw nadgranicznych.
Podczas spotkania w Pradze powołane zostały tematyczne Grupy eksperckie do spraw:
1) wspólnego podejścia do korzystania ze środków europejskich w Nowej Perspektywie Finansowej 2014-2020,
2) wprowadzenia stref ograniczonego ruchu samochodowego,
3) problematyki ogrzewania domowego.
Grupy te zostały powołane zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami
Ministrów Środowiska RP i Republiki Czeskiej, uzgodnionymi podczas
otwartego Dialogu Ministrów Środowiska, który odbył się 24 stycznia 2013
r. w Ostrawie.
Ponadto, w trakcie spotkania w Pradze, kontynuowana była dyskusja na
temat przygotowywanego czesko–polskiego Mechanizmu wymiany informacji na
temat pozwoleń zintegrowanych, oraz projektu nt. „Wspólnej strategii
zarządzania jakością powietrza w Regionie Morawsko-Śląskim i
Województwie Śląskim”. Poinformowano także o wynikach prac
polsko-czeskiej Grupy ds. wymiany danych w zakresie jakości powietrza
oraz przedstawione zostały informacje o realizowanych i planowanych do
podjęcia działaniach naprawczych, mających na celu poprawę jakości
powietrza w województwach nadgranicznych.
Polskiej delegacji przewodniczyła Pani Małgorzata Wejtko, Dyrektor
Departamentu Ochrony Powietrza w Ministerstwie Środowiska. Spotkanie
odbyło się w dniach 16-17 maja br.
Źródło: Ministerstwo Środowiska
Ekologiczna produkcja, zdrowsza żywność, poprawa warunków pracy
czy uczciwa współpraca z farmerami z Afryki przyniosła 300 mln euro
oszczędności firmie Unilever. Globalny koncern deklaruje dalsze
działania oparte o zrównoważony rozwój, także w polskich fabrykach. Ma
to poprawić nie tylko wizerunek, ale przede wszystkim zwiększyć
innowacyjność i przewagę konkurencyjną firmy.
–
W skali globalnej od 2008 roku zaoszczędziliśmy około 300 mln euro. Te
pieniądze inwestujemy w biznes, w rozwój nowych marek, innowacji.
Również może to odczuć nasz konsument, który dostaje lepszą ofertę i
często tańszą – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Sabina Krzystolik,
wiceprezes Unilever ds. łańcucha dostaw w regionie Europy
Środkowo-Wschodniej.
Od dwóch lat koncern prowadzi plan „Życie w sposób zrównoważony”,
zgodnie z którym do 2020 roku zamierza pozyskiwać 100 proc. surowców z
upraw prowadzonych w sposób zrównoważony, zredukować ilość emisji
dwutlenku węgla, a do końca 2015 roku wszystkie fabryki mają przestać
wysyłać odpady na wysypiska. Część tych założeń już udało się osiągnąć.
– Cel związany z pozyskiwaniem surowców z upraw prowadzonych w sposób
zrównoważony udało nam się zrealizować w skali globalnej w około 36
proc. – mówi Sabina Krzystolik. – Z kolei dzięki redukcji CO2
zaoszczędziliśmy wiele jako firma, ale również nie emitujemy tych gazów
do środowiska. Za cel stawiamy sobie aby do 2020 roku poziom ich emisji z
naszych operacji logistycznych, przy zwiększonym wolumenie
transportowanym, nie przekraczał poziomu z roku 2010.
Unilever zwiększył efektywność ekologiczną we wszystkich 4 fabrykach w
Polsce zmniejszając emisję CO2 na tonę produkcji o 11 proc. w porównaniu
do 2011 r. i o 62 proc. w porównaniu do 2008 r. Na przykład w fabryce
kosmetyków i środków czystości w Bydgoszczy zredukował emisję CO2 o
kilkadziesiąt ton rocznie, dzięki m.in. zmodernizowaniu magazynu
surowców i opakowań.
Z kolei do 2015 r. firma zamierza m.in. usprawnić tzw. efektywność
operacyjną w łańcuchu dostaw, by w ten sposób zmniejszyć dystans
przemierzany przez ciężarówki na polskich drogach o ok. 20 mln km. W
efekcie – również ma zostać ograniczona emisja CO2.
Firma jest też jedną z 14 sygnujących Kartę Różnorodności w Polsce, co
pokazuje, że kładzie szczególny nacisk na politykę równego traktowania
ze względu na m.in. płeć, niepełnosprawność, rasę czy orientację
seksualną.
– Idea zrównoważonego rozwoju jest przede wszystkim motorem
innowacyjności oraz konkurencyjności. Wierzymy, że takie podejście w
każdym aspekcie naszego funkcjonowania, począwszy od pozyskiwania
surowców, poprzez organizację łańcucha dostaw, aż po edukację
konsumentów w zakresie korzystania z naszych produktów, jest warunkiem
niezbędnym do dalszego rozwoju firmy – powiedział podczas prezentacji
raportu „Życie w sposób zrównoważony” Harm Goossens, prezes firmy
Unilever w Polsce oraz w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.
Firma Unilever jest jednym z największych producentów żywności,
kosmetyków i środków czystości pod znanymi markami, takimi jak: Knorr,
Lipton, Algida, Rama, Delma, Domestos, Cif, Rexona, Axe, Dove, Timotei,
Signal. Unilever działa w Polsce od 1991 r. i na koniec 2012 r.
zatrudniał ponad 3400 pracowników w całym kraju.
Źródło: Newseria
RWE, jedna z największych firm energetycznych w Europie, w tym
roku zainwestuje w Polsce ponad 200 mln zł. Zamierza budować m.in. farmy
wiatrowe, mimo że wciąż nie ma regulacji dotyczących odnawialnych
źródeł energii. Koncern wierzy jednak w opłacalność tych elektrowni.
–
Polski rynek jest dla nas bardzo przejrzysty i przewidywalny – mówi
Agencji Informacyjnej Newseria, Filip Thon, prezes RWE Polska. –
Inwestujemy w Polsce ponad 200 milionów złotych każdego roku. Zwiększamy
bezpieczeństwo zaopatrzenia, bezpieczeństwo i jakość sieci. Inwestując
tyle pieniędzy potrzebujemy przewidywalnego środowiska i to jest
zagwarantowane. Mamy przejrzyste, zdefiniowane zasady, więc dla naszych
wielkich inwestycji jest to właściwy kraj, i będziemy je kontynuować –
zapowiada.
Podkreśla, że mimo spowolnienia gospodarczego, nadal dobrze wypadamy na tle innych krajów.
– Polska nawet w czasach kryzysu ma rosnące PKB w porównaniu do innych
krajów regionu. Słowacja ma lekko rosnące PKB, w Czechach jest spadek.
Podobnie jak na Węgrzech, które mają nie tylko ujemny wzrost PKB, ale i
bardzo negatywne regulacje i ingerencje rządu w nasze operacje. Nie
widzimy takich negatywnych interwencji w Polsce – informuje Filip Thon.
Przedsiębiorcy związani z branżą OZE wielokrotnie alarmowali, że
przedłużające się prace nad ustawą o odnawialnych źródłach energii,
wstrzymują inwestycje. Także bankowcy obserwują mniejsze zainteresowanie
kredytami, ponieważ nie wiadomo, jaka będzie stopa zwrotu z tych
inwestycji, gdy pojawią się nowe regulacje.
– Oczywiście czekamy na regulacje dotyczące odnawialnej energii –
wyjaśnia prezes RWE. – Ale jesteśmy optymistycznie nastawieni, że będą
właściwe i stabilne, i nie będziemy mieli większych trudności w
inwestowaniu w farmy wiatrowe.
RWE realizuje zatem swoją strategię, zgodnie z którą w Polsce planuje
do 2015 roku wybudować elektrownie wiatrowe o łącznej mocy 300 MW. Do
tej pory zainstalowało już 200 MW mocy w energetyce wiatrowej. Ostatnia
farma wiatrowa w Nowym Stawie ruszyła kilka tygodni temu. Na wartą ponad
60 milionów euro inwestycję składa się 19 turbin wiatrowych o mocy 2,05
MW każda.
Filip Thon wskazuje jednak na problemy z polskim systemem wsparcia
zielonej energetyki – w ostatnich miesiącach mamy do czynienia z jego
załamaniem.
– Ceny zielone certyfikaty poszły w dół. Ale myślę, że to tymczasowe i
ustabilizują się na przyzwoitym poziomie znowu – uważa prezes.
Od 2009 roku, kiedy została uruchomiona pierwsza inwestycja RWE, firma
osiągnęła już poziom 108 MW produkowanych z wiatru. Pierwsza inwestycja –
oddany w 2009 roku Park Wiatrowy Suwałki – składała się z 18 turbin,
każda o mocy 2,3 MW. W 2011 roku RWE uruchomiło kolejne farmy w Pieckach
i Tychowie. Farma wiatrowa Piecki posiada moc zainstalowaną na poziomie
32 MW (16 turbin po 2 MW), natomiast farma wiatrowa w Tychowie ma 15
turbin o mocy 2,3 MW każda.
Grupa RWE zamierza w Europie do 2020 roku uzyskiwać ze źródeł
odnawialnych ponad 10 tys. MW, dzięki m.in. inwestycjom w energetykę
wiatrową.
Źródło: Newseria
Wśród hektarów pól porośnięte chwastami skrawki ziemi pod
słupami wysokiego napięcia są dla ptaków cenną, ekologiczną oazą.
"Zaskoczyło nas, jak wiele gatunków można tam spotkać" - mówi główny
autor publikacji w "Conservation Letters", prof. Piotr Tryjanowski.
Hektary
zbóż, kukurydzy albo buraków, a wśród nich linie wysokiego napięcia -
to widok częsty w Europie, zwłaszcza zachodniej, zdominowanej przez
rolnictwo wielkoobszarowe. W wielu krajach takie instalacje uważa się za
zło konieczne - są niezbędne, ale brzydkie i mają opinię
niebezpiecznych, np. dla ptaków, które zderzają się z nimi w locie albo
padają porażone prądem.
Dotychczasowe badania sugerowały, że ptakom może szkodzić nawet pole
elektromagnetyczne obecne wokół instalacji, wpływając na układ
odpornościowy albo zaburzając rozwój piskląt. Gwoli sprawiedliwości
dostrzegano również dobre strony obecności tych konstrukcji,
pozwalających ptakom przysiąść i odpocząć, wypatrywać zdobyczy albo
nawet - jak bociany - założyć gniazdo.
Nowe prace naukowców z poznańskich uczelni - Uniwersytetu
Przyrodniczego i Uniwersytetu Adama Mickiewicza, oraz Uniwersytetu
Zielonogórskiego, brytyjskiego Coventry University i Uniwersytetu
Technicznego w Monachium (Niemcy) przedstawiają ten industrialny element
krajobrazu w zupełnie nowym świetle: jako ekologiczną oazę w
monotonnym, rolniczym krajobrazie.
W swojej pracy, przedstawionej na łamach "Conservation Letters",
naukowcy skupili się na niewielkich skrawkach ziemi u podstawy słupów.
Miejsca te, zwykle porośnięte trawami i ziołami, tarniną i czarnym bzem,
stanowią dzikie mini-zagajniki, w których ptaki mogą swobodnie żerować i
zakładać gniazda.
Aby się przekonać, czy panujące tam warunki rzeczywiście sprzyjają
skrzydlatym mieszkańcom, naukowcy zbadali różnice między populacjami
ptaków gnieżdżących się bezpośrednio pod słupami, odwiedzających linie
wysokiego napięcia i otwarte pola. Ptaki liczono dwukrotnie (w sezonie
lęgowym 2011 r.) na wybranych polach Wielkopolski, zdominowanych przez
uprawy zbóż, kukurydzy i buraka cukrowego.
Okazało się, że zarówno liczba gatunków, jak i osobników jest większa
pod słupami i w pobliżu linii, niż w terenie otwartym. Najwięcej ptaków
pojawiało się na zarośniętych fragmentach ziemi u podstawy słupów,
zwłaszcza jeśli rosły tam krzewy. Ponad połowę ptasiej społeczności
obserwowanej na słupach i przewodach stanowiły skowronki, gołębie
grzywacze, szpaki, potrzeszcze, kruki i pliszki żółte.
"W krajach rolniczych, w mocno przekształconym krajobrazie, miejsca pod
słupami to jedyny obszar, gdzie pośrodku pól może się pojawić
spontaniczna roślinność i krzewy, dostarczające ptakom miejsc
gniazdowych. Są to czyste, biodynamiczne przestrzenie, wolne od oprysków
czy innych zabiegów agrotechnicznych. Nas zaskoczyło, jak wiele
gatunków można tam spotkać" - powiedział PAP kierujący badaniami
dyrektor Instytutu Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu,
prof. Piotr Tryjanowski. Jednocześnie podkreślił, że wyniki badania
świadczą o wielkiej plastyczności ptaków poszukujących miejsc lęgowych.
Zdaniem ekologa obecność linii wysokiego napięcia w krajobrazie rolniczym nie jest więc kwestią wyłącznie czarno-białą.
"Co więcej, wyniki badania pokazują, że jeśli i tak trzeba budować
linie energetyczne, to najlepiej, by biegły one przez pola uprawne, co
paradoksalnie może posłużyć ptakom. W Polsce częściej wybiera się jednak
inne rozwiązanie - linie prowadzi się przez bagna, torfowiska czy
brzegi rzek. Z prawnego punktu widzenia jest to prostsze, niż
odrolnienie ziemi" - zauważył.
Badania z Wielkopolski pokazują, że z ekologicznego punktu widzenia nie
od rzeczy byłoby zrezygnować z niektórych działań służb energetycznych:
częstego koszenia i wycinania spontanicznej roślinności pod słupami.
"Pozostawienie tych roślin lepiej posłuży przyrodzie, i w dodatku nic
nie kosztuje" - dodał prof. Tryjanowski.
Naukowcy przypominają, że różnorodność gatunków i liczebność ptaków w
okolicach rolniczych w dużym stopniu zależy od istnienia miejsc, które
zapewniają ptakom bezpieczeństwo - ugorów, żywopłotów, miedz, sadzawek
czy skupisk drzew pośrodku pól. "Zatem paradoksalnie słupy wysokiego
napięcia, a właściwie małe skrawki ziemi u ich podstawy, mogą być dla
ptaków prawdziwym rajem, zwłaszcza w rolniczym krajobrazie Europy" -
piszą autorzy publikacji.
Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl
Chociaż wydobycie gazu z łupków nie jest zadaniem prostym i
obciąża środowisko, to przy rosnących potrzebach energetycznych na
świecie, na gaz łupkowy jesteśmy skazani - uważa dyrektor Narodowego
Centrum Badań i Rozwoju, prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski.
Prof.
Krzysztof Jan Kurzydłowski wykład pt. "Gaz łupkowy bez dogmatów" dał w
poniedziałek podczas spotkania Kawiarni Naukowej Festiwalu Nauki w
Warszawie.
Wyjaśnił, że gaz z łupków dość trudno wydobyć. Gaz nie tylko znajduje
się głęboko pod ziemią (w Polsce nawet na głębokości 3 km), ale w
dodatku zamknięty w skale. Gaz znajduje się w pęcherzykach, które nie są
ze sobą połączone - odseparowane są od siebie skałą. Gaz nie wydostaje
się więc ze skały tak łatwo, jak woda, która swobodnie wycieka z
nasączonej nią gąbki, ale raczej jest jak sok uwięziony w pomarańczy czy
jak olej w ziarnach słonecznika. Aby więc dotrzeć do gazu, trzeba w
każdym miejscu rozbić strukturę - skruszyć skałę - i uwolnić surowiec z
każdego pęcherzyka.
Prelegent tłumaczył, że do złóż należy się najpierw dowiercić pionowo, a
pod ziemią potrzebne są jeszcze wiercenia poziome. Dopiero tam
dokonywać się będzie kruszenia skały (np. za pomocą mikrowybuchów) i
odciąganie gazu. W miejsce gazu wpompowuje się wodę ze specjalnymi
dodatkami. Taka ciecz sprawić ma, że skała na trwałe zdolna będzie do
tego, by przemieszczał się w niej gaz.
Wydawać by się więc mogło, że proces pozyskiwania gazu łupkowego jest
bardzo trudny i nieopłacalny. Prof. Kurzydłowski zaznaczył jednak, że
dzięki wydobyciu gazu łupkowego, Stany Zjednoczone z jednego z
największych importerów gazu ziemnego, stały się nie tylko
samowystarczalne, ale zaczynają rozważać eksport gazu.
W Polsce wydobycie gazu łupkowego może być jednak mniej opłacalne. W
stosunku do złóż w USA, w naszym kraju złoża są niskiej i średniej
jakości - gazu w skale jest mniej i występuje w mniejszych pęcherzykach,
co utrudnia dotarcie do surowca. Poza tym złoża gazu łupkowego
przebiegają przez Polskę pasem od Gdańska przez okolice Warszawy po
Lublin. Złoża znajdują się więc często poniżej obszarów o dużych
wartościach krajobrazowych czy o dużym zaludnieniu. W Stanach
Zjednoczonych natomiast gaz łupkowy wydobywa się w miejscach o mniejszym
znaczeniu. Poza tym w Polsce warunki geologiczne są inne niż w USA, tak
więc nie można do nas bezpośrednio zastosować technologii już w Stanach
stosowanej. Kurzydłowski zaznaczył, że kluczowe będzie dopiero
doświadczenie z pierwszych odwiertów w Polsce.
Kurzydłowski przyznał, że technologie pozyskiwania gazu łupkowego
przynoszą obciążenie dla środowiska. Zaznaczył, że do wody wtłaczanej
pod ziemię dodawane są składniki takie jak substancje nadające lepkości -
mogłyby być np. niegroźne substancje stosowane w przemyśle spożywczym -
czy materiały podsadzkowe. Są to tzw. "proppanty", które wyglądają jak
kulki ceramiczne, które mają sprawić, że skała się nie zakleszczy i
możliwe będzie dalsze przemieszczanie się w szczelinach gazu. Zdaniem
Kurzydłowskiego, sam płyn wpompowywany pod ziemię nie jest bardzo
szkodliwy. Większym problemem dla środowiska jest natomiast to, że do
wydobycia gazu łupkowego potrzeba byłoby ogromnych ilości wody, która
przez wiele lat i na ogromnych obszarach musiałaby być wtłaczana pod
ziemię. A to w Polskich warunkach byłoby dość kłopotliwe. "Kluczowe
będzie jednak nie to, ile wody trzeba będzie pod ziemię wpompować, ale
raczej - ile z tej wody da się odzyskać" - powiedział dyrektor NCBR.
Prof. Kurzydłowski zaznaczył, że wzrost popytu na energię elektryczną
jest większy niż wzrost liczby ludności. "Jeśli nie uda się zmienić
bilansu energetycznego, jesteśmy skazani na eksploatację gazu łupkowego"
- przyznał. Dodał, że zanim się na to zdecydujemy, potrzebna będzie
chłodna kalkulacja, która pomoże w podjęciu racjonalnej decyzji.
Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl
Sprzedaż kolektorów słonecznych w kraju rośnie z roku na rok – w 2012 roku łączną powierzchnię zainstalowanych kolektorów słonecznych oszacowano na ponad 1,2 mln metrów kwadratowych – trzykrotnie więcej, niż wynosi powierzchnia Watykanu.
Mimo
to polscy producenci, choć tworzą jedne z najwydajniejszych kolektorów
na świecie, mają powody do zmartwień. Na dynamicznym rozwoju rynku – w
skutek źle skonstruowanego systemu dopłat państwowych - skorzystali
przede wszystkim importerzy chińskich kolektorów.
Maleje, ale rośnie
Rynek kolektorów słonecznych w Polsce rozwija się w bardzo szybkim
tempie. W roku 2011 zanotowano wzrost sprzedaży o 70%, rok później o
kolejne 19%. Jak wynika z przygotowanego przez Instytut Energii
Odnawialnej raportu, obroty tylko na rynku krajowym wynosiły ponad 670
milionów złotych. Polska stanowi obecnie czwarty rynek sprzedażowy w
Europie, istnieje tu około 70 firm zajmujących się produkcją lub
dystrybucją kolektorów słonecznych.Duża część z nich to dystrybutorzy
„chińszczyzny”.
- Tendencje związane z zalewem rynku tanimi kolektorami widać
szczególnie wyraźnie na przykładzie kolektorów próżniowych typu
Heat-Pipe, w których produkcji specjalizują się Chińczycy – tłumaczy
Kamil Jeziorko, przedstawiciel firmy Watt, istniejącej w branży od 1998
roku. - W Europie odchodzi się od kolektorów próżniowych na rzecz
kolektorów płaskich, które stanowią 90% całego rynku. W 2009 roku
zanotowaliśmy wyraźny spadek sprzedaży kolektorów próżniowych, podobnie
jak inni producenci. Mimo spodziewanych dalszych tendencji spadkowych, w
2010 roku nagle polski rynek odnotował ogromny wzrost sprzedaży tych
kolektorów. Wzrost nastąpił również w kolejnych latach i jak się
okazało, był w całości spowodowany masowo importowanymi kolektorami z
Chin.
Chińskie znaczy lepsze?
Bez wątpienia główną przyczyną tak znacznego rozwoju rynku kolektorów
słonecznych są dotacje Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i
Gospodarki Wodnej. Z realizowanego programu wsparcia do zakupu
instalacji słonecznych skorzystało już niemal 37 tysięcy osób,
wykorzystując na ten cel prawie 250 milionów złotych dotacji. Jak się
okazuje, to właśnie system dopłat wpłynął na powstanie wielu firm
oferujących chińskie kolektory, które liczą na szybkie zyski ze
sprzedaży.
- Wysokość dopłaty z NFOŚiGW uzależniona jest od całkowitej powierzchni
zamontowanych kolektorów, a nie na podstawie ich mocy czy choćby
powierzchni apertury, wytwarzającej energię cieplną – wyjaśnia Jeziorko.
– Oznacza to, że wyższe dotacje uzyskuje się na mniej wydajne kolektory
chińskie, których do uzyskania podobnej mocy potrzebujemy znacznie
więcej, w związku z czym ich powierzchnia całkowita będzie większa, a
wartość dotacji - wyższa.
Również ogłaszane przez gminy przetargi na zakup i montaż kolektorów
słonecznych wspierają czasem importerów chińskich urządzeń. Jeżeli
jedyne kryterium zamówienia stanowi cena, żaden europejski producent nie
ma szans z Chinami. Zdarza się i tak, że organizująca przetarg gmina
może wykluczyć udział polskich producentów, zastrzegając, że kolektory
muszą być wykonane w technologii Heat Pipe, która nie jest
wykorzystywana na żadnej rodzimej linii produkcyjnej.
Import z Chin zagrożeniem dla Europy
Zalew chińskich produktów z branży energii odnawialnej to nie tylko
problem polskiego rynku. W Niemczech zbankrutował ostatnio największy
producent fotowoltaiki, wielu mniejszych już wcześniej musiało ogłosić
upadłość. W obliczu tych wydarzeń ma zostać wprowadzone cło na
fotowoltaikę z Chin. Nie dotyczy to kolektorów słonecznych.
- W całej Europie, odwrotnie niż u nas, przyznawane przez rząd dotacje
wspierają rynek krajowy. W Belgii na przykład, zaraz po wprowadzeniu,
dopłata była uzależniona od powierzchni całkowitej, ale bardzo szybko
się z tego wycofano – mówi Kamil Jeziorko z firmy Watt, eksportującej
kolektory m.in. do USA, Holandii, Niemiec i krajów skandynawskich. –
Polskie firmy nie oczekują specjalnego traktowania, tylko gwarancji
równych możliwości dla wszystkich podmiotów działających w naszym kraju,
a nie poczucia dyskryminacji.
Źródło: EkoNews







