Klimat Dla ZiemiiSzkoła z klimatem
Newsletter

Bądź na bieżąco? Zapisz sie do newslettera!

Partnerzy i przyjaciele
Partnerzy i przyjaciele
Licznik odwiedzin: 28469289

VII spotkanie polsko-czeskiej Grupy Roboczej ds. jakości powietrza w rejonach przygranicznych
wtorek 2013-05-28

W Pradze odbyło się VII spotkanie polsko-czeskiej Grupy Roboczej ds. jakości powietrza w rejonach przygranicznych. W obradach uczestniczyli przedstawiciele Ministerstw Środowiska RP oraz Republiki Czeskiej, a także Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, urzędów marszałkowskich oraz wojewódzkich inspektoratów ochrony środowiska województw nadgranicznych.

Podczas spotkania w Pradze powołane zostały tematyczne Grupy eksperckie do spraw:

1) wspólnego podejścia do korzystania ze środków europejskich w Nowej Perspektywie Finansowej 2014-2020,

2) wprowadzenia stref ograniczonego ruchu samochodowego,

3) problematyki ogrzewania domowego.

Grupy te zostały powołane zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Ministrów Środowiska RP i Republiki Czeskiej, uzgodnionymi podczas otwartego Dialogu Ministrów Środowiska, który odbył się 24 stycznia 2013 r. w Ostrawie.

Ponadto, w trakcie spotkania w Pradze, kontynuowana była dyskusja na temat przygotowywanego czesko–polskiego Mechanizmu wymiany informacji na temat pozwoleń zintegrowanych, oraz projektu nt. „Wspólnej strategii zarządzania jakością powietrza w Regionie Morawsko-Śląskim i Województwie Śląskim”. Poinformowano także o wynikach prac polsko-czeskiej Grupy ds. wymiany danych w zakresie jakości powietrza oraz przedstawione zostały informacje o realizowanych i planowanych do podjęcia działaniach naprawczych, mających na celu poprawę jakości powietrza w województwach nadgranicznych.

Polskiej delegacji przewodniczyła Pani Małgorzata Wejtko, Dyrektor Departamentu Ochrony Powietrza w Ministerstwie Środowiska. Spotkanie odbyło się w dniach 16-17 maja br.

Źródło: Ministerstwo Środowiska

Unilever postawił na ekologię i zrównoważony rozwój. Zaoszczędził dzięki temu już 300 mln euro
poniedziałek 2013-05-27

Ekologiczna produkcja, zdrowsza żywność, poprawa warunków pracy czy uczciwa współpraca z farmerami z Afryki przyniosła 300 mln euro oszczędności firmie Unilever. Globalny koncern deklaruje dalsze działania oparte o zrównoważony rozwój, także w polskich fabrykach. Ma to poprawić nie tylko wizerunek, ale przede wszystkim zwiększyć innowacyjność i przewagę konkurencyjną firmy.

– W skali globalnej od 2008 roku zaoszczędziliśmy około 300 mln euro. Te pieniądze inwestujemy w biznes, w rozwój nowych marek, innowacji. Również może to odczuć nasz konsument, który dostaje lepszą ofertę i często tańszą – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Sabina Krzystolik, wiceprezes Unilever ds. łańcucha dostaw w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Od dwóch lat koncern prowadzi plan „Życie w sposób zrównoważony”, zgodnie z którym do 2020 roku zamierza pozyskiwać 100 proc. surowców z upraw prowadzonych w sposób zrównoważony, zredukować ilość emisji dwutlenku węgla, a do końca 2015 roku wszystkie fabryki mają przestać wysyłać odpady na wysypiska. Część tych założeń już udało się osiągnąć.

– Cel związany z pozyskiwaniem surowców z upraw prowadzonych w sposób zrównoważony udało nam się zrealizować w skali globalnej w około 36 proc. – mówi Sabina Krzystolik. – Z kolei dzięki redukcji CO2 zaoszczędziliśmy wiele jako firma, ale również nie emitujemy tych gazów do środowiska. Za cel stawiamy sobie aby do 2020 roku poziom ich emisji z naszych operacji logistycznych, przy zwiększonym wolumenie transportowanym, nie przekraczał poziomu z roku 2010.

Unilever zwiększył efektywność ekologiczną we wszystkich 4 fabrykach w Polsce zmniejszając emisję CO2 na tonę produkcji o 11 proc. w porównaniu do 2011 r. i o 62 proc. w porównaniu do 2008 r. Na przykład w fabryce kosmetyków i środków czystości w Bydgoszczy zredukował emisję CO2 o kilkadziesiąt ton rocznie, dzięki m.in. zmodernizowaniu magazynu surowców i opakowań.

Z kolei do 2015 r. firma zamierza m.in. usprawnić tzw. efektywność operacyjną w łańcuchu dostaw, by w ten sposób zmniejszyć dystans przemierzany przez ciężarówki na polskich drogach o ok. 20 mln km. W efekcie – również ma zostać ograniczona emisja CO2.

Firma jest też jedną z 14 sygnujących Kartę Różnorodności w Polsce, co pokazuje, że kładzie szczególny nacisk na politykę równego traktowania ze względu na m.in. płeć, niepełnosprawność, rasę czy orientację seksualną.

– Idea zrównoważonego rozwoju jest przede wszystkim motorem innowacyjności oraz konkurencyjności. Wierzymy, że takie podejście w każdym aspekcie naszego funkcjonowania, począwszy od pozyskiwania surowców, poprzez organizację łańcucha dostaw, aż po edukację konsumentów w zakresie korzystania z naszych produktów, jest warunkiem niezbędnym do dalszego rozwoju firmy – powiedział podczas prezentacji raportu „Życie w sposób zrównoważony” Harm Goossens, prezes firmy Unilever w Polsce oraz w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Firma Unilever jest jednym z największych producentów żywności, kosmetyków i środków czystości pod znanymi markami, takimi jak: Knorr, Lipton, Algida, Rama, Delma, Domestos, Cif, Rexona, Axe, Dove, Timotei, Signal. Unilever działa w Polsce od 1991 r. i na koniec 2012 r. zatrudniał ponad 3400 pracowników w całym kraju.

Źródło: Newseria

RWE inwestuje w energetykę odnawialną w Polsce. Mimo braku regulacji
czwartek 2013-05-23

RWE, jedna z największych firm energetycznych w Europie, w tym roku zainwestuje w Polsce ponad 200 mln zł. Zamierza budować m.in. farmy wiatrowe, mimo że wciąż nie ma regulacji dotyczących odnawialnych źródeł energii. Koncern wierzy jednak w opłacalność tych elektrowni.

– Polski rynek jest dla nas bardzo przejrzysty i przewidywalny – mówi Agencji Informacyjnej Newseria, Filip Thon, prezes RWE Polska. – Inwestujemy w Polsce ponad 200 milionów złotych każdego roku. Zwiększamy bezpieczeństwo zaopatrzenia, bezpieczeństwo i jakość sieci. Inwestując tyle pieniędzy potrzebujemy przewidywalnego środowiska i to jest zagwarantowane. Mamy przejrzyste, zdefiniowane zasady, więc dla naszych wielkich inwestycji jest to właściwy kraj, i będziemy je kontynuować – zapowiada.

Podkreśla, że mimo spowolnienia gospodarczego, nadal dobrze wypadamy na tle innych krajów.

– Polska nawet w czasach kryzysu ma rosnące PKB w porównaniu do innych krajów regionu. Słowacja ma lekko rosnące PKB, w Czechach jest spadek. Podobnie jak na Węgrzech, które mają nie tylko ujemny wzrost PKB, ale i bardzo negatywne regulacje i ingerencje rządu w nasze operacje. Nie widzimy takich negatywnych interwencji w Polsce – informuje Filip Thon.

Przedsiębiorcy związani z branżą OZE wielokrotnie alarmowali, że przedłużające się prace nad ustawą o odnawialnych źródłach energii, wstrzymują inwestycje. Także bankowcy obserwują mniejsze zainteresowanie kredytami, ponieważ nie wiadomo, jaka będzie stopa zwrotu z tych inwestycji, gdy pojawią się nowe regulacje.

– Oczywiście czekamy na regulacje dotyczące odnawialnej energii – wyjaśnia prezes RWE. – Ale jesteśmy optymistycznie nastawieni, że będą właściwe i stabilne, i nie będziemy mieli większych trudności w inwestowaniu w farmy wiatrowe.

RWE realizuje zatem swoją strategię, zgodnie z którą w Polsce planuje do 2015 roku wybudować elektrownie wiatrowe o łącznej mocy 300 MW. Do tej pory zainstalowało już 200 MW mocy w energetyce wiatrowej. Ostatnia farma wiatrowa w Nowym Stawie ruszyła kilka tygodni temu. Na wartą ponad 60 milionów euro inwestycję składa się 19 turbin wiatrowych o mocy 2,05 MW każda.

Filip Thon wskazuje jednak na problemy z polskim systemem wsparcia zielonej energetyki – w ostatnich miesiącach mamy do czynienia z jego załamaniem.

– Ceny zielone certyfikaty poszły w dół. Ale myślę, że to tymczasowe i ustabilizują się na przyzwoitym poziomie znowu – uważa prezes.

Od 2009 roku, kiedy została uruchomiona pierwsza inwestycja RWE, firma osiągnęła już poziom 108 MW produkowanych z wiatru. Pierwsza inwestycja – oddany w 2009 roku Park Wiatrowy Suwałki – składała się z 18 turbin, każda o mocy 2,3 MW. W 2011 roku RWE uruchomiło kolejne farmy w Pieckach i Tychowie. Farma wiatrowa Piecki posiada moc zainstalowaną na poziomie 32 MW (16 turbin po 2 MW), natomiast farma wiatrowa w Tychowie ma 15 turbin o mocy 2,3 MW każda.

Grupa RWE zamierza w Europie do 2020 roku uzyskiwać ze źródeł odnawialnych ponad 10 tys. MW, dzięki m.in. inwestycjom w energetykę wiatrową.

Źródło: Newseria

Słupy wysokiego napięcia - ptasi raj na rolniczej "pustyni"
czwartek 2013-05-23

Wśród hektarów pól porośnięte chwastami skrawki ziemi pod słupami wysokiego napięcia są dla ptaków cenną, ekologiczną oazą. "Zaskoczyło nas, jak wiele gatunków można tam spotkać" - mówi główny autor publikacji w "Conservation Letters", prof. Piotr Tryjanowski.

Hektary zbóż, kukurydzy albo buraków, a wśród nich linie wysokiego napięcia - to widok częsty w Europie, zwłaszcza zachodniej, zdominowanej przez rolnictwo wielkoobszarowe. W wielu krajach takie instalacje uważa się za zło konieczne - są niezbędne, ale brzydkie i mają opinię niebezpiecznych, np. dla ptaków, które zderzają się z nimi w locie albo padają porażone prądem.

Dotychczasowe badania sugerowały, że ptakom może szkodzić nawet pole elektromagnetyczne obecne wokół instalacji, wpływając na układ odpornościowy albo zaburzając rozwój piskląt. Gwoli sprawiedliwości dostrzegano również dobre strony obecności tych konstrukcji, pozwalających ptakom przysiąść i odpocząć, wypatrywać zdobyczy albo nawet - jak bociany - założyć gniazdo.

Nowe prace naukowców z poznańskich uczelni - Uniwersytetu Przyrodniczego i Uniwersytetu Adama Mickiewicza, oraz Uniwersytetu Zielonogórskiego, brytyjskiego Coventry University i Uniwersytetu Technicznego w Monachium (Niemcy) przedstawiają ten industrialny element krajobrazu w zupełnie nowym świetle: jako ekologiczną oazę w monotonnym, rolniczym krajobrazie.

W swojej pracy, przedstawionej na łamach "Conservation Letters", naukowcy skupili się na niewielkich skrawkach ziemi u podstawy słupów. Miejsca te, zwykle porośnięte trawami i ziołami, tarniną i czarnym bzem, stanowią dzikie mini-zagajniki, w których ptaki mogą swobodnie żerować i zakładać gniazda.

Aby się przekonać, czy panujące tam warunki rzeczywiście sprzyjają skrzydlatym mieszkańcom, naukowcy zbadali różnice między populacjami ptaków gnieżdżących się bezpośrednio pod słupami, odwiedzających linie wysokiego napięcia i otwarte pola. Ptaki liczono dwukrotnie (w sezonie lęgowym 2011 r.) na wybranych polach Wielkopolski, zdominowanych przez uprawy zbóż, kukurydzy i buraka cukrowego.

Okazało się, że zarówno liczba gatunków, jak i osobników jest większa pod słupami i w pobliżu linii, niż w terenie otwartym. Najwięcej ptaków pojawiało się na zarośniętych fragmentach ziemi u podstawy słupów, zwłaszcza jeśli rosły tam krzewy. Ponad połowę ptasiej społeczności obserwowanej na słupach i przewodach stanowiły skowronki, gołębie grzywacze, szpaki, potrzeszcze, kruki i pliszki żółte.

"W krajach rolniczych, w mocno przekształconym krajobrazie, miejsca pod słupami to jedyny obszar, gdzie pośrodku pól może się pojawić spontaniczna roślinność i krzewy, dostarczające ptakom miejsc gniazdowych. Są to czyste, biodynamiczne przestrzenie, wolne od oprysków czy innych zabiegów agrotechnicznych. Nas zaskoczyło, jak wiele gatunków można tam spotkać" - powiedział PAP kierujący badaniami dyrektor Instytutu Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, prof. Piotr Tryjanowski. Jednocześnie podkreślił, że wyniki badania świadczą o wielkiej plastyczności ptaków poszukujących miejsc lęgowych.

Zdaniem ekologa obecność linii wysokiego napięcia w krajobrazie rolniczym nie jest więc kwestią wyłącznie czarno-białą.

"Co więcej, wyniki badania pokazują, że jeśli i tak trzeba budować linie energetyczne, to najlepiej, by biegły one przez pola uprawne, co paradoksalnie może posłużyć ptakom. W Polsce częściej wybiera się jednak inne rozwiązanie - linie prowadzi się przez bagna, torfowiska czy brzegi rzek. Z prawnego punktu widzenia jest to prostsze, niż odrolnienie ziemi" - zauważył.

Badania z Wielkopolski pokazują, że z ekologicznego punktu widzenia nie od rzeczy byłoby zrezygnować z niektórych działań służb energetycznych: częstego koszenia i wycinania spontanicznej roślinności pod słupami. "Pozostawienie tych roślin lepiej posłuży przyrodzie, i w dodatku nic nie kosztuje" - dodał prof. Tryjanowski.

Naukowcy przypominają, że różnorodność gatunków i liczebność ptaków w okolicach rolniczych w dużym stopniu zależy od istnienia miejsc, które zapewniają ptakom bezpieczeństwo - ugorów, żywopłotów, miedz, sadzawek czy skupisk drzew pośrodku pól. "Zatem paradoksalnie słupy wysokiego napięcia, a właściwie małe skrawki ziemi u ich podstawy, mogą być dla ptaków prawdziwym rajem, zwłaszcza w rolniczym krajobrazie Europy" - piszą autorzy publikacji.

 

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Wydobycie gazu łupkowego kosztowne, ale niezbędne
środa 2013-05-22

Chociaż wydobycie gazu z łupków nie jest zadaniem prostym i obciąża środowisko, to przy rosnących potrzebach energetycznych na świecie, na gaz łupkowy jesteśmy skazani - uważa dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski.

Prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski wykład pt. "Gaz łupkowy bez dogmatów" dał w poniedziałek podczas spotkania Kawiarni Naukowej Festiwalu Nauki w Warszawie.

Wyjaśnił, że gaz z łupków dość trudno wydobyć. Gaz nie tylko znajduje się głęboko pod ziemią (w Polsce nawet na głębokości 3 km), ale w dodatku zamknięty w skale. Gaz znajduje się w pęcherzykach, które nie są ze sobą połączone - odseparowane są od siebie skałą. Gaz nie wydostaje się więc ze skały tak łatwo, jak woda, która swobodnie wycieka z nasączonej nią gąbki, ale raczej jest jak sok uwięziony w pomarańczy czy jak olej w ziarnach słonecznika. Aby więc dotrzeć do gazu, trzeba w każdym miejscu rozbić strukturę - skruszyć skałę - i uwolnić surowiec z każdego pęcherzyka.

Prelegent tłumaczył, że do złóż należy się najpierw dowiercić pionowo, a pod ziemią potrzebne są jeszcze wiercenia poziome. Dopiero tam dokonywać się będzie kruszenia skały (np. za pomocą mikrowybuchów) i odciąganie gazu. W miejsce gazu wpompowuje się wodę ze specjalnymi dodatkami. Taka ciecz sprawić ma, że skała na trwałe zdolna będzie do tego, by przemieszczał się w niej gaz.

Wydawać by się więc mogło, że proces pozyskiwania gazu łupkowego jest bardzo trudny i nieopłacalny. Prof. Kurzydłowski zaznaczył jednak, że dzięki wydobyciu gazu łupkowego, Stany Zjednoczone z jednego z największych importerów gazu ziemnego, stały się nie tylko samowystarczalne, ale zaczynają rozważać eksport gazu.

W Polsce wydobycie gazu łupkowego może być jednak mniej opłacalne. W stosunku do złóż w USA, w naszym kraju złoża są niskiej i średniej jakości - gazu w skale jest mniej i występuje w mniejszych pęcherzykach, co utrudnia dotarcie do surowca. Poza tym złoża gazu łupkowego przebiegają przez Polskę pasem od Gdańska przez okolice Warszawy po Lublin. Złoża znajdują się więc często poniżej obszarów o dużych wartościach krajobrazowych czy o dużym zaludnieniu. W Stanach Zjednoczonych natomiast gaz łupkowy wydobywa się w miejscach o mniejszym znaczeniu. Poza tym w Polsce warunki geologiczne są inne niż w USA, tak więc nie można do nas bezpośrednio zastosować technologii już w Stanach stosowanej. Kurzydłowski zaznaczył, że kluczowe będzie dopiero doświadczenie z pierwszych odwiertów w Polsce.

Kurzydłowski przyznał, że technologie pozyskiwania gazu łupkowego przynoszą obciążenie dla środowiska. Zaznaczył, że do wody wtłaczanej pod ziemię dodawane są składniki takie jak substancje nadające lepkości - mogłyby być np. niegroźne substancje stosowane w przemyśle spożywczym - czy materiały podsadzkowe. Są to tzw. "proppanty", które wyglądają jak kulki ceramiczne, które mają sprawić, że skała się nie zakleszczy i możliwe będzie dalsze przemieszczanie się w szczelinach gazu. Zdaniem Kurzydłowskiego, sam płyn wpompowywany pod ziemię nie jest bardzo szkodliwy. Większym problemem dla środowiska jest natomiast to, że do wydobycia gazu łupkowego potrzeba byłoby ogromnych ilości wody, która przez wiele lat i na ogromnych obszarach musiałaby być wtłaczana pod ziemię. A to w Polskich warunkach byłoby dość kłopotliwe. "Kluczowe będzie jednak nie to, ile wody trzeba będzie pod ziemię wpompować, ale raczej - ile z tej wody da się odzyskać" - powiedział dyrektor NCBR.

Prof. Kurzydłowski zaznaczył, że wzrost popytu na energię elektryczną jest większy niż wzrost liczby ludności. "Jeśli nie uda się zmienić bilansu energetycznego, jesteśmy skazani na eksploatację gazu łupkowego" - przyznał. Dodał, że zanim się na to zdecydujemy, potrzebna będzie chłodna kalkulacja, która pomoże w podjęciu racjonalnej decyzji.

 

Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Chińskie kolektory słoneczne zalały rynek
wtorek 2013-05-21

Sprzedaż kolektorów słonecznych w kraju rośnie z roku na rok – w 2012 roku łączną powierzchnię zainstalowanych kolektorów słonecznych oszacowano na ponad 1,2 mln metrów kwadratowych – trzykrotnie więcej, niż wynosi powierzchnia Watykanu.

Mimo to polscy producenci, choć tworzą jedne z najwydajniejszych kolektorów na świecie, mają powody do zmartwień. Na dynamicznym rozwoju rynku – w skutek źle skonstruowanego systemu dopłat państwowych - skorzystali przede wszystkim importerzy chińskich kolektorów.

Maleje, ale rośnie

Rynek kolektorów słonecznych w Polsce rozwija się w bardzo szybkim tempie. W roku 2011 zanotowano wzrost sprzedaży o 70%, rok później o kolejne 19%. Jak wynika z przygotowanego przez Instytut Energii Odnawialnej raportu, obroty tylko na rynku krajowym wynosiły ponad 670 milionów złotych. Polska stanowi obecnie czwarty rynek sprzedażowy w Europie, istnieje tu około 70 firm zajmujących się produkcją lub dystrybucją kolektorów słonecznych.Duża część z nich to dystrybutorzy „chińszczyzny”.

- Tendencje związane z zalewem rynku tanimi kolektorami widać szczególnie wyraźnie na przykładzie kolektorów próżniowych typu Heat-Pipe, w których produkcji specjalizują się Chińczycy – tłumaczy Kamil Jeziorko, przedstawiciel firmy Watt, istniejącej w branży od 1998 roku. - W Europie odchodzi się od kolektorów próżniowych na rzecz kolektorów płaskich, które stanowią 90% całego rynku. W 2009 roku zanotowaliśmy wyraźny spadek sprzedaży kolektorów próżniowych, podobnie jak inni producenci. Mimo spodziewanych dalszych tendencji spadkowych, w 2010 roku nagle polski rynek odnotował ogromny wzrost sprzedaży tych kolektorów. Wzrost nastąpił również w kolejnych latach i jak się okazało, był w całości spowodowany masowo importowanymi kolektorami z Chin.

Chińskie znaczy lepsze?

Bez wątpienia główną przyczyną tak znacznego rozwoju rynku kolektorów słonecznych są dotacje Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Z realizowanego programu wsparcia do zakupu instalacji słonecznych skorzystało już niemal 37 tysięcy osób, wykorzystując na ten cel prawie 250 milionów złotych dotacji. Jak się okazuje, to właśnie system dopłat wpłynął na powstanie wielu firm oferujących chińskie kolektory, które liczą na szybkie zyski ze sprzedaży.

- Wysokość dopłaty z NFOŚiGW uzależniona jest od całkowitej powierzchni zamontowanych kolektorów, a nie na podstawie ich mocy czy choćby powierzchni apertury, wytwarzającej energię cieplną – wyjaśnia Jeziorko. – Oznacza to, że wyższe dotacje uzyskuje się na mniej wydajne kolektory chińskie, których do uzyskania podobnej mocy potrzebujemy znacznie więcej, w związku z czym ich powierzchnia całkowita będzie większa, a wartość dotacji - wyższa.
Również ogłaszane przez gminy przetargi na zakup i montaż kolektorów słonecznych wspierają czasem importerów chińskich urządzeń. Jeżeli jedyne kryterium zamówienia stanowi cena, żaden europejski producent nie ma szans z Chinami. Zdarza się i tak, że organizująca przetarg gmina może wykluczyć udział polskich producentów, zastrzegając, że kolektory muszą być wykonane w technologii Heat Pipe, która nie jest wykorzystywana na żadnej rodzimej linii produkcyjnej.

Import z Chin zagrożeniem dla Europy

Zalew chińskich produktów z branży energii odnawialnej to nie tylko problem polskiego rynku. W Niemczech zbankrutował ostatnio największy producent fotowoltaiki, wielu mniejszych już wcześniej musiało ogłosić upadłość. W obliczu tych wydarzeń ma zostać wprowadzone cło na fotowoltaikę z Chin. Nie dotyczy to kolektorów słonecznych.

- W całej Europie, odwrotnie niż u nas, przyznawane przez rząd dotacje wspierają rynek krajowy. W Belgii na przykład, zaraz po wprowadzeniu, dopłata była uzależniona od powierzchni całkowitej, ale bardzo szybko się z tego wycofano – mówi Kamil Jeziorko z firmy Watt, eksportującej kolektory m.in. do USA, Holandii, Niemiec i krajów skandynawskich. – Polskie firmy nie oczekują specjalnego traktowania, tylko gwarancji równych możliwości dla wszystkich podmiotów działających w naszym kraju, a nie poczucia dyskryminacji.

Źródło: EkoNews