Klimat Dla ZiemiiSzkoła z klimatem
Newsletter

Bądź na bieżąco? Zapisz sie do newslettera!

Partnerzy i przyjaciele
Partnerzy i przyjaciele
Licznik odwiedzin: 28468643

Raport USA: zużycie energii na świecie wzrośnie o 56 proc. do 2040 r
poniedziałek 2013-07-29

W ciągu najbliższych trzech dekad światowe zużycie energii wzrośnie o 56 proc. - prognozuje ministerstwo energii USA. Ten wzrost będą napędzać głównie dwa kraje: Chiny i Indie. Gaz ziemny, w tym z łupków, będzie najszybciej rozwijającym się paliwem kopalnym.

Zgodnie z raportem przygotowanym przez agencję statystyczną ministerstwa energii EIA (Energy Information Administration), do 2040 roku rosnąć będzie konsumpcja energii pochodzącej ze wszystkich źródeł.

Wciąż to tzw. paliwa kopalne będą dostarczać najwięcej energii zużywanej na świecie - w sumie prawie 80 proc. Choć ropa naftowa i inne paliwa płynne pozostaną największym źródłem energii na świecie, to ich udział w ogólnej światowej konsumpcji energii spadnie z 34 proc. w 2010 roku do 28 procent w 2040 roku. Najszybciej będzie rozwijać się energia ze źródeł odnawialnych i energia jądrowa. EIA prognozuje, że konsumpcja energii z obu tych źródeł będzie rosnąć co roku o 2,5 proc.

Ogółem światowe zużycie energii wzrośnie o 56 proc. Na ten wzrost wpłynie, według autorów raportu, "rosnący dobrobyt i zapotrzebowanie na energię w Chinach i Indiach". "Te dwa kraje będą odpowiadać łącznie za połowę całego światowego wzrostu zużycia energii do 2040" - powiedział dyrektor EIA Adam Sieminski. "Będzie to miało ogromny wpływ na rozwój światowych rynków energii" - dodał.

Z prognoz EIA wynika, że gaz ziemny będzie najszybciej rozwijającym się paliwem kopalnym w ciągu najbliższych trzech dekad. Globalne zużycie gazu ziemnego będzie rosnąć o 1,7 proc. rocznie. Te wzrost będą napędzać rosnące dostawy gazu łupkowego produkowanego w Stanach Zjednoczonych.
Konsumpcja węgla, jak wynika z prognoz, będzie do 2030 roku rosnąć szybciej, niż paliw płynnych z powodu wzrostu konsumpcji węgla w Chinach i słabego wzrostu popytu na paliwa płynne. To z kolej wynikać będzie z powolnego wzrostu gospodarczego w krajach OECD oraz utrzymujących się wysokich cen ropy naftowej.

Raport stwierdza ponadto, że biorąc pod uwagę obecnie obowiązujące przepisy, światowe emisje CO2 związane z energią wzrosną do 2040 roku o 46 proc., osiągając wówczas 45 mld ton.

Źródło: PAP

W listopadzie w Warszawie ruszą negocjacje ws. porozumienia klimatycznego zastepującego Protokół z Kioto
piątek 2013-07-26


Na llistopadowym szczycie COP 19 w Warszawie rozpoczną się negocjacje na temat nowego porozumienia klimatycznego. Minister środowiska Marcin Korolec podkreśla, że chodzi o przyjęcie takich postanowień, które znajdą akceptację wszystkich państw i będę przez nie wdrażane. Na razie problemem jest to, że Unia Europejska ma zdecydowanie bardziej restrykcyjne podejście do polityki klimatycznej niż duże światowe gospodarki. - Chodzi o to, by politykę europejską wpisać w politykę światową - przekonuje minister.

 - To nowe porozumienie globalne, jeżeli w ogóle ma być zawarte, musi być rzeczywistą wartością dodaną. To znaczy, że musimy wynegocjować takie porozumienie światowe, żeby dotyczyło wszystkich państw i żeby mobilizowało wszystkie państwa do tego, by wspólnie redukować emisję CO2 - mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marcin Korolec, minister środowiska.

Wynegocjowany w 1997 r. i obowiązujący od 2005 r. protokół z Kioto zobowiązuje państwa, które do niego przystąpiły, do redukcji emisji gazów cieplarnianych. Miał wygasnąć w ubiegłym roku, ale podczas zeszłorocznego szczytu klimatycznego w Katarze zdecydowano o jego przedłużeniu do 2020 roku.

- Dzisiaj protokół z Kioto wprowadza nierównowagę, bo mamy kilkanaście państw, które redukują emisję, a reszta państw tego nie robi. Jest to przedziwna formuła - uważa minister.

W Katarze uzgodniono również, że do 2015 roku powinno zostać wynegocjowane nowe globalne porozumienie ws. klimatu. Negocjacje rozpoczną się na listopadowej konferencji COP19 w Warszawie.

Polska przygotowuje się do pełnionej już po raz drugi roli gospodarza konferencji klimatycznej, organizując liczne spotkania i szczyty. Forum Głównych Gospodarek Świata ds. Energii i Klimatu, które odbyło się w ubiegłym tygodniu w Krakowie, było jednym z ważnych elementów przygotowań. Korolec podkreśla, że główni uczestnicy konferencji mają różne strategie walki z globalnym ociepleniem.

- Są państwa, również w Europie, które stawiają całą politykę klimatyczną na odnawialne źródła energii. Inne koncentrują się na efektywności energetycznej. W dokumencie Polityka Energetyczna Polski do 2030 roku pierwszym celem jest właśnie efektywność energetyczna. W związku z tym chyba nie ma co ograniczać decyzji suwerennych państw. Chodzi o to, żebyśmy wspólnie zmierzali w jednym kierunku - podkreśla Korolec.

Dodaje, że najtrudniejsze będzie opracowanie takiego porozumienia, które będzie odpowiadać wszystkim państwom. Protokołu z Kioto nie ratyfikowały Stany Zjednoczone, drugi największy producent dwutlenku węgla na świecie po Chinach. W 2011 r. z porozumienia wycofała się również znajdująca się w czołówce emitentów CO2 Kanada.

- Co z tego, że wynegocjujemy piękny tekst, skoro później któreś państwo nie będzie w stanie go przyjąć, albo parlament któregoś z państw porozumienie odrzuci. Musimy szukać takiego rozwiązania, które zostanie nie tylko wynegocjowane, ale również zaaplikowane w państwach uczestniczących w tych negocjacjach - zaznacza szef resortu środowiska.

Na razie to Unia Europejska jest światowym liderem jeśli chodzi o ambitne cele redukcji emisji dwutlenku węgla. Nasza polityka jest jedną z najbardziej restrykcyjnych.

- Przeszkadza nam w unijnej polityce klimatycznej to, że UE jest odosobniona w tym procesie. Jeżeli wszystkie państwa będą podejmowały wysiłek, wtedy nasz stosunek do polityki klimatycznej także się zmieni. Chodzi nam przede wszystkim dzisiaj o to, żeby politykę europejską wpisać w politykę światową. Dzisiaj to są dwa różne porozumienia - mówi Marcin Korolec.

Źródło:newseria.pl

Trwają prace przy poszukiwaniu gazu łupkowego
piątek 2013-07-26

Wykonano już 46 odwiertów i 6 pełnych szczelinowań hydraulicznych - poinformował w czwartek  w Sejmie wiceminister środowiska Piotr Woźniak.

Obecnie jest wykonanych 46 otworów wiertniczych, z czego w 11 dokonano tzw. wierceń poziomych, cztery odwierty są w toku, przed końcem roku spodziewamy się jeszcze kilkunastu - wyliczał wiceminister. Dodał, że dokonano też 6 pełnych szczelinowań hydraulicznych.

Woźniak poinformował, że prace poszukiwawcze wykonuje obecnie 18 spółek. - Do wczoraj było wydanych 108 koncesji na poszukiwanie gazu niekonwencjonalnego, od czwartku jest zaś 103, bo 5 koncesji złożyła firma DPV - powiedział wiceszef resortu środowiska.

Jego zdaniem, ilość koncesji prawdopodobnie nie zmieni się w ciągu roku do dwóch lat, będzie ich w granicach 100, a następnie spadnie, bowiem prace poszukiwawcze wskażą, na których terenach prace mogą być kontynuowane.

Woźniak zaznaczył, że nie zmieniły się szacunki zasobów. Według Państwowego Instytutu Geologicznego (PIG), gazu z łupków może być 350-750 mld metrów sześciennych. Szacunek ten obejmuje obszary tzw. pasa łupkowego, które ciągną się przez Polskę, włącznie z obszarami morskimi - dodał.

PIG chce w 2014 roku przygotować nowy raport dotyczący zasobów gazu łupkowego. Bedzie to możliwe, jeśli otrzyma wyniki pełnego, poprawnego technicznie testu złożowego choćby z jednego otworu. Jeśli jednak takich danych nie będzie, Instytut może dokonać jedynie modyfikacji w oparciu o nowe wiercenia, które mogą skorygować prognozy zasobów o 10-20 proc.

W ocenie dyrektora PIG Jerzego Nawrockiego, obecne tempo prac jest niewystarczające, co wskazuje, że inwestycje w łupki są bardzo kosztowne. Jego zdaniem nadal możliwe jest rozpoczęcie wydobycia przemysłowego gazu z łupków pod koniec 2014 roku, ale raczej będą to wielkości symboliczne.

Dotychczas z projektów poszukiwania gazu łupkowego w Polsce wycofały się ExxonMobile i Talisman Energy, decyzję taką podjął też Marathon Oil Poland.

Żródło: www.wnp.pl

Susza na świecie oraz największe problemy z tym związane: pustynnienie i stepowienie Polski i świata
piątek 2013-07-26
Woda słodka to niecałe 3 proc. zasobów naszej planety. Jeszcze mniej jest wody pitnej- tylko 0,1 proc. Nie pozostaje to bez wpływu na nasze życie. Z powodu braku czystej wody corocznie ginie 3 mln ludzi, w tym każdej doby aż 5 tys. dzieci.


W formie opadów na ziemię wraca 113 mld metrów sześciennych wody. Ta ilość wystarczyłaby do zaspokojenia wszystkich potrzeb, lecz opady rozłożone są nierównomiernie, a możliwości zagospodarowania ich zależą od zapotrzebowania, zamożności i rozwoju krajów. Ponadto, wodę w ogromnych ilościach zużywa rolnictwo, hodowla zwierząt i przemysł (70 proc. światowego zużycia, a w krajach rozwijających się ponad 90 proc.). Poza tym, wzrasta poziom wymagań cywilizacyjnych - ludzie zużywają więcej wody do prania, mycia itp. Tymczasem w najbardziej ludnych krajach o wodę się nie dba - jest zanieczyszczana i marnotrawiona.
W rezultacie, o ile w 1950 roku na świecie były tylko dwa kraje o zasobach wody mniejszych niż 500 metrów sześciennych na osobę rocznie (Malta i Barbados), o tyle obecnie jest ich kilkanaście, a w 2040 roku ma być aż 20.

To, że powierzchnia terenów dotkniętych suszą rozrasta się, jest faktem. Mało tego, symulacje zmian pogodowych nie pozostawiają złudzeń – będzie jeszcze gorzej. Co prawda sumarycznie wyparuje z oceanów i spadnie więcej wody, jednak olbrzymie rejony globu będą tracić wodę w wyniku przyspieszonego parowania. Dotyczy to szczególnie terenów położonych pomiędzy 20 i 45 stopniem szerokości geograficznej.

Konsekwencją tego stanu rzeczy będzie poszerzenie pasa pustyń zwrotnikowych, tj. terenów sąsiadujących z: Saharą, Kalahari, Sonora, Mojave, Atacama. Nie jest to dobry prognostyk na przyszłość, zwłaszcza, że na świecie jest ponad miliard ludzi, którzy nie mają bezpośredniego dostępu do wody pitnej, a blisko 2 miliardy nie ma zapewnionej z tego powodu dostatecznej higieny osobistej.

Epicentra suszy

Niedostatek wody dotyczy głównie Afryki. W pasie największej suszy znajduje się Somalia, Etiopia, Kenia, Tanzania, Mozambik, Malawi, Zimbabwe, Botswana, Lesotho, RPA, Zambia, Angola i Namibia. W Somalii z powodu braku wody kwitnie piractwo. Niektórzy mieszkańcy nielegalnie przekraczają granicę z Kenią oraz Etiopią i kradną wodę. Władze nie bardzo wiedzą jak walczyć z taką plagą, tymczasem sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna. Aby zaspokoić najbardziej podstawowe potrzeby, kobiety z południowej Afryki przebywają dziennie średnio 6 km niosąc 20 litrów wody. A co z dalszą egzystencją? Przeciętny mieszkaniec Mozambiku ma do dyspozycji około 10 litrów. Tymczasem żeby wyprodukować kilogram suchej pszenicy potrzeba blisko 450 litrów wody!

Zapotrzebowanie na wodę rośnie wprost proporcjonalnie do populacji ludzi i zwierząt. Niestety, wody jest coraz mniej. Przykładem na potwierdzenie tej tezy jest zanik jeziora Czad, niegdyś wielkiego zbiornika wodnego, dostarczającego wodę 20 milionom ludzi. Na granicy wyschnięcia są również Haramaya, Awasa, Abiyata czy Ziwaya.

Deficyt wody spędza sen z powiek także decydentom w Pekinie. Jangcy - najdłuższa rzeka Państwa Środka - osiągnęła najniższy poziom w historii. A potężna Huang Ho jest eksploatowana przez chińską gospodarkę tak intensywnie, że często nie dociera do Zatoki Pohaj. A najgorsze dopiero przed nami. Prawdziwe problemy nastąpią po roztopieniu się lodowców Tybetu. Płynące stamtąd największe rzeki Azji podczas suszy zamienią się w wąskie strugi. Dotyczy to m.in. Jangcy i Huag Ho, Gangesu, Indusu, Brahmaputry, Salween i Irrawaddy, a także Mekongu.

Niestety, nie tylko Azja jest na celowniku suszy. Z deficytem wody boryka się także Australia. Fakt, że leży ona w suchej strefie zwrotnikowej i ma płaską rzeźbę terenu, nie sprzyja opadom. Zimny prąd opływający jej zachodnie wybrzeża również nie przyczynia się do nawodnienia.

Nie lepiej wygląda sprawa z Europą. Eksperci nie mają wątpliwości – część południowa Starego Kontynentu zostanie poważnie dotknięta suszami. ONZ szacuje, że ryzyko zamienienia się w pustynię dotyczy 30-60 proc. terytorium Hiszpanii. A to dopiero początek. Przewiduje się, że w Hiszpanii opady do 2070 roku zmniejszą się o 40 proc. Nie jest to dobry prognostyk na przyszłość, zwłaszcza, że już dziś do Barcelony dowożona jest woda pitna.

Własne podwórko

Polski przykład również nie napawa optymizmem.
Na jednego mieszkańca Europy przypada średnio 4560 metrów sześciennych wody, u nas jest ponad dwa razy mniej, podobnie jak w… Egipcie.

Najgorsza sytuacja panuje w centralnej części Polski - ok. 60 tys. kilometrów kwadratowych objętych jest tam procesem stepowienia. Wszystko przez źle prowadzone melioracje. Efekty stepowienia Polski już są widoczne: niedobór wody odczuwa rolnictwo i gospodarka żywnościowa. Hydrolodzy zwracają uwagę, że mając tak mało wody powinniśmy się starać ją zatrzymywać. Teresa Zań - dyrektor Departamentu Inwestycji i Nadzoru w Krajowym Zarządzie Gospodarki Wodnej - podkreśla, że magazynujemy tylko 6 proc. odpływu wody, a powinniśmy - 15 proc. W podobnym tonie wypowiada się profesor Waldemar Michna z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Według niego, oprócz małych zbiorników wodnych o objętości całkowitej do 5 mln metrów sześciennych, powinniśmy chronić tereny bagienne, torfowiska oraz obszary leśne.

Pod rozwagę

Skąd czerpać nowe ilości czystej wody? Większość rządów sięga po zasoby podziemne. Niestety, nadmierna ich eksploatacja tylko pogłębia problemy - w Bangkoku, Meksyku czy Wenecji spowodowała zapadanie się gruntu. Rozwiązaniem może być odsalanie wody morskiej, ale jest to kosztowne i w wyniku tego procesu powstają góry soli. Santorini nie ma innego wyjścia, chcąc się utrzymywać z turystyki. Katar może sobie pozwolić na to dzięki zyskom z eksportu ropy naftowej. Niestety, o podobnych rozwiązaniach mogą tylko pomarzyć mieszkańcy wieżowców w krymskim Symferopolu, gdzie bieżąca woda pojawia się coraz rzadziej.

Jeżeli woda jest towarem deficytowym, powinna mieć swoją cenę. Nie można jej marnotrawić, realizując księżycowe pomysły, jak odwracanie biegu rzek w środkowej Azji. Europa, nie nękana specjalnie przez susze i nie zagrożona eksplozją demograficzną, jest tego świadoma. Za zatrucie Cisy Rumunia była krytykowana przez państwa całego regionu. Węgrzy słusznie zarzucały Słowacji, że po ujęciu Dunaju w betonowe koryto w okolicach GabcŠikova-Nagymaros naruszona została równowaga hydrologiczna. Oby taką wrażliwość wykazywał cały świat.

Źródło: ekologia.pl

Odnawialne źródła energii w Polsce nieopłacalne!
środa 2013-07-24

Polski system dofinansowywania zielonych technologii nie jest skuteczny i sprawia, że nie stają się one opłacalne – uważa Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej. 

Jak podkreśla Grzegorz Wiśniewski, w przypadku dotacji powinno być to wsparcie długofalowe i stopniowo wygaszane, a przede wszystkim – stabilne i przewidywalne. Dzięki temu Dania, Niemcy czy Austria wypracowały technologie, które eksportują do innych krajów i zarabiają na nich.

 Stosowanie dotacji do promocji energii elektrycznej z odnawialnych źródeł energii jest zadaniem trudniejszym i nie tak powszechnym, jak w przypadku zielonego ciepła. W Europie rozwinęły się systemy wsparcia na etapie eksploatacji, a nie inwestycji w postaci stałych taryf i zielonych certyfikatów. Tam, gdzie są stałe taryfy dobrze skalkulowane, tam w zasadzie nie powinno być dotacji – uważa Grzegorz Wiśniewski.

Ekspert przypomina, że Polska stosuje dwa systemy równocześnie – dotacje i zielone certyfikaty, co doprowadziło do „patologicznej sytuacji z nadmiernym wsparciem lub nieskutecznym”.

 -Z jednej strony niewielka liczba inwestorów skorzystała z obydwu systemów wsparcia jednocześnie, choć do końca ubiegłego roku sam system certyfikatów pozwalał na domknięcie finansowania np. farm wiatrowych – przypomina ekspert.

Od tego roku w systemie zielonych certyfikatów wystąpiła nadpodaż i, jak tłumaczy Grzegorz Wiśniewski, dochodzi do paradoksalnej sytuacji, kiedy inwestorzy, którzy uzyskali dotacje z regionalnych programów operacyjnych, rezygnują z inwestycji, bo ze względu na ryzyko dalszego spadku cen certyfikatów nie potrafią dopiąć budżetu.

– Zarówno z powodu problemów z pomocą publiczną, jak i efektywnością jestem sceptykiem, jeśli chodzi o łączenie dotacji z systemem zielonych certyfikatów ze środków UE w nowej perspektywie finansowej 2014-2020. Co najwyżej możemy tu mówić o gwarancjach kredytowych do inwestycji realizowanych w nowym systemie wsparcia proponowanym w projekcie ustawy o OZE – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Grzegorz Wiśniewski.

Jako odrębny przypadek powinny być rozpatrywane mikroinstalacje o mocy do 40 kW.

– Nie powinno być tak, że prawo energetyczne formalnie lub faktycznie uniemożliwia rozwój segmentu energetyki prosumenckiej [gdzie prąd może produkować niemal każdy w swoim gospodarstwie domowym]. Nie możemy czekać aż politycy dojdą do porozumienia i przygotują jakiś sensowny system wsparcia. Musimy ruszyć z rozwojem mikroinstalacji za pomocą dotacji, które następnie będziemy ograniczać po określonym czasie – uważa prezes IEO.

Długofalowa polityka wynikająca m.in. z konieczności realizacji celów dyrektywy o promocji OZE powinna sprawić, że w ciągu kilku lat staną się opłacalne.

– Mikroinstalacje do produkcji energii elektrycznej, jak domowe systemy fotowoltaiczne czy małe elektrownie wiatrowe o mocach rzędu 20-40 kW, umiejscowione w optymalnych lokalizacjach, będą opłacalne już przed 2020 rokiem. Jestem przekonany, że żadna z instalacji zielonego ciepła nie będzie wymagała wsparcia po tym okresie, bo są już blisko wyrównania kosztów produkcji i kosztów alternatywnego zakupienia ciepła lub paliw na zewnątrz – podkreśla Grzegorz Wiśniewski.

 Prawdziwego rynku nie stworzy się jednak doraźnymi pilotażami czy budową kolejnych instalacji demonstracyjnych. Aby nastąpiły spadki kosztów, najpierw należy zainwestować i zaktywizować rynek np. producentów urządzeń, tak by uzyskać efekt skali. Dopiero wówczas będzie można ograniczyć intensywność wsparcia. Im wyższa bowiem liczba inwestycji, tym niższe są jednostkowe koszty przygotowania projektów inwestycyjnych i tańszy staje się cały łańcuch dostaw urządzeń i usług.


 Źródło: Newseria.pl

Polacy chcą produkować energię z OZE
poniedziałek 2013-07-22

Aż 45 proc. Polaków chce instalować w swoich domach mikroinstalacje odnawialnych źródeł energii  – wynika z najnowszych badań zawartych w mapie drogowej dla energetyki prosumenckiej, opracowanej przez Instytut Energetyki Odnawialnej (IEO).

Do tej pory już 223 tysiące Polaków zainwestowało w mikroinstalacje OZE (kolektory słoneczne, pompy ciepła, małe elektrownie wiatrowe, kotły na biomasę, mikrobiogazownie czy domowe systemy fotowoltaiczne).

Rynek mikroinstalacji jest dzisiaj wart 4,5 mld zł, a w 2020 r. przy realizacji zapisów rządowego planu działania w zakresie OZE może wynieść 26,5 mld zł. Inwestycje w przydomowe mikroźródła tylko do produkcji energii elektrycznej wyniosłyby 12 mld zł i dałyby 1,9 GW nowych mocy –  tyle, ile największe planowane obecnie w Polsce bloki na węgiel w Elektrowni Opole, których realizacja została wstrzymana z przyczyn ekonomicznych.

Jak wynika z badania TNS OBOP, przeprowadzonego na zlecenie IEO – polskie społeczeństwo chce korzystać z odnawialnych źródeł energii. Zainteresowanych inwestycjami w tym sektorze jest 45 proc. badanych, a 21 proc. chce sfinalizować inwestycje w przydomowe, odnawialne źródła energii w ciągu maksymalnie 2 lat. Polacy szczególnie zainteresowani są pozyskiwaniem energii ze słońca – na ten rodzaj energii wskazało 31 proc. ankietowanych.

Prosument, czyli aktywny  konsument wytwarzający energię w mikroinstalacjach, już wkrótce będzie mógł sprzedawać nadwyżkę produkowanej energii elektrycznej do sieci. Dzięki inwestycjom gospodarstw domowych liczba prosumentów do 2020 roku mogłaby wzrosnąć do 2,5 mln, a towarzyszyłoby jej powstanie 54 tys. zielonych miejsc pracy, w tym 15 tys. w sektorze produkcji urządzeń.

Przygotowywana nowelizacja prawa energetycznego tzw. „mały trójpak” częściowo znosi prawne i biurokratyczne bariery dla inwestujących w mikroinstalacje. To dobrze, że Parlament postanowił zwolnić prosumentów z opłaty przyłączeniowej oraz pozwolenia na budowę mikroinstalacji, a także obowiązku rejestracji działalności gospodarczej – mówi Grzegorz Wiśniewski, prezes ZP FEO. – Natomiast proponowane przez Rząd w autopoprawce obniżenie o 20 proc. ceny za energię wprowadzaną do sieci przez prosumentów nie ma uzasadnienia w świetle celów dyrektywy o promocji odnawialnych źródeł energii. Oznacza to nierówne traktowanie osób fizycznych – właścicieli przydomowych mikroinstalacji oraz dużych firm, a tym samym podważa sens prowadzenia działalności prosumenckiej – dodaje Grzegorz Wiśniewski, prezes ZP FEO.

W Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu programu stałych taryf dla prosumentów w 2009 r., liczba mikroinstalacji wzrosła z 98 tys. w 2008 r. do 358,3 tys. w 2012 r. Łączna moc brytyjskich mikroinstalacji już obecnie wynosi 1,66 GW.

Źródło: Instytut Energetyki Odnawialnej