Podczas listopadowej konferencji klimatycznej COP19 w Warszawie Polska będzie podmiotem, a nie przedmiotem negocjacji dotyczących nowej międzynarodowej umowy ws. zmian klimatu - mówił podczas konferencji prasowej minister środowiska Marcin Korolec.
Korolec powiedział, że organizacja konferencji klimatycznej
(dziewiętnastej w historii i drugiej w Polsce) to największe wydarzenie
międzynarodowe w tym roku, jeżeli chodzi o liczbę uczestników.
Zaznaczył, że Polska będzie sprawować funkcje prezydencji konferencji,
co wzmocni jej pozycję na arenie międzynarodowej.
Minister poinformował, że do prezydencji nie należy tylko formalne
prowadzenie obrad, ale przede wszystkim obowiązek wypracowywania
kompromisu pomiędzy 194 stronami, a przede wszystkim największymi
graczami.
Korolec wskazał, że formalnie konferencja zacznie się 11 listopada i
potrwa do 22 listopada. Formalnie, bowiem w pierwszej części będą brać
udział negocjatorzy i urzędnicy, a zasadnicza, polityczna część
rozpocznie się 19 listopada. - W trakcie spotkania w Warszawie będziemy
określać funkcje, fundamenty, najważniejsze elementy nowej umowy i
będziemy się wspólnie zastanawiać, w jaki sposób nowa umowa musi
dotyczyć wszystkich 194 państw konwencji - powiedział.
Dodał, że w tym roku mają się rozpocząć negocjacje nowego porozumienia w
sprawie zmian klimatu. - Fakt, że początek tych negocjacji będzie miał
miejsce w Polsce w mojej ocenie jest niezwykle ważny (...). Ze względu
na nasze interesy nie ma ważniejszego procesu w systemie Narodów
Zjednoczonych, w który powinniśmy się angażować (...). Albo będziemy
podmiotem, albo przedmiotem tych negocjacji. Wydaje mi się, że nie mamy
wyjścia - wyjaśnił.
Poinformował, że decyzja o konferencji w Warszawie i jej dacie zapadła
jeszcze w 2008 r. podczas podobnej konferencji w Poznaniu. Zgodnie z
danymi resortu, maksymalny koszt konferencji określono na 100 mln zł.
Według Korolca około jedna dziesiąta tej kwoty zostanie przeznaczona na
zapewnienie bezpieczeństwa, a 26,4 mln zł ma pokryć koszty wynajęcia
Stadionu Narodowego.
Korolec powiedział, że spotkanie w Warszawie będzie pierwszym tego
typu, w którym udział wezmą przedstawiciele przemysłu. - W drugim
tygodniu (...) będziemy mieć dyskusję pomiędzy przedstawicielami
organizacji pozarządowych z przedstawicielami przemysłu, zwłaszcza
energochłonnego - wyjaśnił. - Mamy wstępne zapewnienia o udziale w tym
spotkaniu liderów z pierwszych stron gazet - poinformował.
Wiceminister spraw wewnętrznych Marcin Jabłoński mówił o kwestiach
bezpieczeństwa. Zapewnił, że MSW będzie w stanie zabezpieczyć zarówno
konferencję, jak i obchody święta 11 listopada. W COP19 zaangażowane ma
być prawdopodobnie kilka tysięcy policjantów i kilkuset funkcjonariuszy
Biura Ochrony Rządu. Jabłoński poinformował, że w maju br. powołano
specjalny zespół w Komendzie Głównej Policji, który koordynuje działania
związane z przygotowaniem COP19.
- Musimy być przygotowani na różny przebieg wydarzeń, w związku z tym
najistotniejsze plany zostały opracowane - powiedział. Dodał, że
powołany będzie też specjalny sztab operacyjny w Legionowe. Za
bezpieczeństwo na stadionie będą odpowiedzialne służby ONZ. Oznacza to,
że stadion będzie strefą eksterytorialną.
W ocenie prezesa spółki Pl.2012+ Marcina Herry konferencja klimatyczna
potwierdza nie tylko wielofunkcyjność stadionu, ale także jego zdolności
organizacyjne. Herra powiedział, że rozmowy z resortem środowiska i
przygotowania do nich trwały 210 godzin. Ich skutkiem jest umowa. - Ta
umowa jest (...) z punktu widzenia rozliczenia neutralna dla Stadionu
Narodowego. Natomiast cieszy nas to, że być może poprzez skuteczne
negocjowanie warunków umów z poszczególnymi delegacjami osiągniemy też
wynik dodatni na poziomie przychodów, które będą wykazane w wyniku
tegorocznym - wyjaśnił prezes.
Konferencje klimatyczne ONZ (tzw. COPy - Conferences of the Parties) to
doroczne globalne szczyty, podczas których negocjuje się zakres działań
na rzecz polityki klimatycznej. Polska organizowała już wcześniej
szczyt klimatyczny ONZ. W 2008 r. Poznań gościł ponad 10 tys. osób, w
tym przedstawicieli organizacji pozarządowych i blisko 190 delegatów z
państw członkowskich Narodów Zjednoczonych. Wybór Polski jako gospodarza
tegorocznej konferencji klimatycznej ONZ został zatwierdzony podczas
szczytu klimatycznego w Dausze w 2012 roku.
Źródło:tvpparlament.pl
W najbliższych latach zużycie, a także koszt ciepła w Polsce
mają wzrosnąć. Odpowiedzią na coraz większe zapotrzebowania mogą być
spalarnie odpadów, dzięki którym możliwe jest zamienianie energii w nich
zawartej w energię cieplną i elektryczną.
Polska ma rozbudowaną infrastrukturę, technologię oraz wystarczającą ilość surowca potrzebnego do takich inwestycji.
- UE korzysta z energii z odpadów praktycznie od początku XX wieku. My,
jeśli chodzi o ich spalarnie, wypadamy blado dlatego, że nowe przepisy
weszły w życie niedawno i postulat zamieniania energii zawartej w
odpadach w energię cieplną czy elektryczną ma szanse się zmaterializować
dopiero teraz - mówi Tomasz Uciński, prezes Przedsiębiorstwa Gospodarki
Komunalnej w Koszalinie.
To, co znajduje się w odpadach, a powstało z ropy naftowej, trudno
składować i deponować na składowiskach, to musi być zmienienie w
energię. Jest dużo nowoczesnych spalarni w krajach UE.
Tym bardziej, że wraz z przystąpieniem do UE Polska zobowiązała się do
osiągnięcia określonych poziomów odzysku odpadów oraz ograniczenia
ilości tych biodegradowalnych kierowanych na składowiska.
- Już niedługo za składowanie odpadów komunalnych w ziemi będziemy
płacić wysokie kary. Bardziej będzie się opłacało stawiać instalacje
termicznej obróbki, które z jednej strony zagospodarują te odpady
komunalne, a z drugiej, pozwolą nieco zmniejszyć koszty poprzez sprzedaż
energii cieplnej i elektrycznej - mówił niedawno Przemysław Hewelt,
menedżer firmy doradczej Grant Thornton.
Co więcej, składowanie niektórych odpadów jest marnowaniem energii,
która może być z nich wyprodukowana. Tym bardziej, że jak przekonuje
prezes PGK Koszalin, Polska ma duże możliwości, by w ten sposób je
wykorzystywać.
- Mamy 10 mln ton odpadów komunalnych, tyle podają roczniki. Z tego
można wykorzystać na energię około 5 mln ton. To jest dużo paliwa, które
potencjalnie można spożytkować zamiast składować na składowiskach -
uważa Tomasz Uciński.
Dodatkowym atutem jest istniejąca już infrastruktura.
- Z poprzedniego systemu zostały nam sieci ciepłownicze, które są w
małych miastach i w dużych aglomeracjach, takich jak Warszawa. To
ułatwia sprzedaż ciepła do miejskiego systemu ciepłowniczego i obniża
koszty przetwarzania odpadów na energię. Mamy także technologie,
ponieważ są w Polsce producenci pieców do spalania odpadów - przekonuje
Tomasz Uciński.
Choć ze względu na wiek i wysoką emisję zanieczyszczeń (emisję
dwutlenku węgla, dwutlenku siarki, tlenków azotu i pyłów), większość
źródeł ciepła i sieci w Polsce wymagają modernizacji lub zastąpienia
nowymi jednostkami.
Jak podaje Urząd Regulacji Energetyki, majątek przedsiębiorstw
ciepłowniczych jest w dużym stopniu zdekapitalizowany. W roku 2010
wskaźnik jego zużycia wynosił ok. 60 proc. Z kolei wysoki stopień
dekapitalizacji infrastruktury sieciowej oznacza coraz większe straty
przesyłowe.
- Pozostaje kwestia decyzji, rachunku ekonomicznego i zdecydowania się,
gdzie inwestycje mają powstać. Jest jedna spalarnia w Warszawie, na 60
tys. ton, w trakcie realizacji jest pięć następnych, zbudowanych również
przy pomocy środków unijnych. Jeżeli chodzi o zwrot nakładów, to
wszystko zależy od lokalnych uwarunkowań. Liczy się, że w ciągu około 20
lat taka inwestycja powinna się zwrócić - mówi Tomasz Uciński.
Koszy inwestycji są uzależnione m.in. od tego, na jakim terenie budowana jest spalarnia.
- Jest to koszt w granicach od 50 do kilkuset milionów euro. Są
spalarnie, które w UE są budowane za 55 mln euro, ale są takie, które są
budowane za 150 mln euro. Wiele zależy także od technologii.
Najważniejszą kwestią w tym procesie jest to, żeby odpady racjonalnie
zamienić w energię, ale jest także kwestia oczyszczania spalin. Normy
emisyjne są takie, żeby nie szkodzić środowisku naturalnemu i to jest
cel podstawowy, który przyświeca tej technologii - tłumaczy prezes PGK w
Koszalinie.
Za takimi inwestycjami przemawia fakt, że po 2007 r. zużycie ciepła
sieciowego zaczęło rosnąć. Według prognozy Agencji Rynku Energii
wzrośnie ono w latach 2010-2030 o 15 proc.
Źródło: newseria.pl
Producenci i dystrybutorzy słonecznych kolektorów próżniowych
postulują do NFOŚiGW i ministra środowiska o uzależnienie wysokości
dopłat do poszczególnych systemów solarnych, bazując na ich zdolności do
realnego ograniczenia emisji CO2 do atmosfery.
Niepokoje producentów i dystrybutorów słonecznych kolektorów
próżniowych wywołały wprowadzone przez Narodowy Fundusz Ochrony
Środowiska i Gospodarki Wodnej zmiany zasad przyznawania dotacji w
ramach programu dopłat do kolektorów słonecznych.
Ich zdaniem bowiem nowe przepisy faworyzując kolektory płaskie, zniszczą rynek urządzeń solarnych i ograniczą wybór konsumenta.
Rynek kolektorów słonecznych podzielony jest pomiędzy dwie technologie:
kolektorów płaskich (70% rynku) i kolektorów próżniowych (30%). Obydwa
systemy mają swoje wady i zalety. Zdaniem przedstawicieli branży
kolektorów próżniowych, nie ma jednak absolutnie żadnego powodu, aby
uznać wyższość kolektorów płaskich nad próżniowymi.
Tymczasem od 1 października 2013 roku dopłaty do tej technologii
próżniowej będa dużo niższe niż do kolektorów płaskich. Co już spotkało
się ze sprzeciwami i krytyką.
- Ustawowym obowiązkiem NFOŚiGW jest finansowanie ochrony środowiska
poprzez wspomaganie wykorzystywanych lokalnych źródeł energii
odnawialnej oraz wprowadzanie bardziej przyjaznych dla środowiska
nośników energii. Obecne działania NFOŚiGW ograniczają, a nie
wspomagają, proekologiczne inwestycje konsumentów poprzez faktyczne
odebranie im prawa wyboru odpowiadającego ich indywidualnym potrzebom
towaru - mówi Natalia Grzędzińska, radca prawny z warszawskiej
Kancelarii Krassowski.
Producenci i dystrybutorzy słonecznych kolektorów obawiając się strat,
wystosowali pisma do NFOŚiGW i ministra środowiska, w których postulują
uzależnienie wysokości dopłat do poszczególnych systemów solarnych,
bazując na ich zdolności do realnego ograniczenia emisji CO2 do
atmosfery.
Skierowali również wniosek do UOKiK o zbadanie zgodności nowych
przepisów z prawem i ustalenie, czy nie ograniczają one wolnej
konkurencji. Ponadto opublikowane zostało oficjalne stanowisko
producentów, dystrybutorów i instalatorów próżniowych kolektorów
słonecznych w sprawie zmian zasad programu. Podpisali je przedstawiciele
ponad 40 firm.
Źródło: portalsamorzadowy.pl
Budowa pierwszej elektrowni atomowej w Polsce wciąż budzi duże
emocje, ale nie da się ukryć, że w tej sprawie nadal jest za mało
konkretów, więcej zaś słownych przepychanek ze strony przeciwników i
zwolenników atomówki.
Od wskazania przez Polską Grupę Energetyczną trzech lokalizacji budowy
pierwszej elektrowni atomowej w Polsce minęło niemal dwa lata. Minister
Hanna Trojanowska poinformowała, że projekt programu polskiej energetyki
jądrowej przewiduje wybór miejsca, w którym powstanie pierwsza siłownia
do końca II etapu jego realizacji, czyli 31 grudnia 2016 roku.
Tyle tylko, że tak naprawdę trudno jeszcze mówić o konkretach, za to
wciąż żywe są słowne przepychanki ze strony zwolenników i przeciwników
atomówki.
PGE cały czas bardzo mocno podkreśla, że działania, które prowadzi w
zakresie informacji dotyczącej budowy elektrowni w Polsce nie mają
kampanijnego ani marketingowego wydźwięku.
- Koncentrujemy się na działaniach edukacyjno-informacyjnych na terenie
gmin wskazanych jako potencjalne lokalizacje. Współpraca z samorządami
opiera się na informowaniu o istotnych dla projektu działaniach i
zdarzeniach - podkreśla Joanna Zając z PGE EJ 1 sp z o.o.
Dodaje, że jednym z obszarów takiej bieżącej współpracy są badania lokalizacyjne i środowiskowe.
- PGE EJ1 uczestniczy w ważnych dla lokalnych społeczności
wydarzeniach, takich jak np. dni gminy, podczas których mieszkańcy
otrzymują informacje na temat energetyki jądrowej, biorą udział w
spotkaniach z ekspertami i w konkursach na temat EJ na specjalnie
przygotowanym stoisku - podsumowuje.
Dla nadmorskich gmin nie ma jednak wystarczająco dobrych argumentów,
które mogłyby je przekonać do budowy elektrowni atomowej. Najgłośniej
swój sprzeciw wyrażają Gąski, a do ich protestu przyłączają się
pozostałe, między innymi Kołobrzeg.
- Tak naprawdę obawy w nadmorskich gminach w związku z planowaną budową
elektrowni atomowej wciąż istnieją. Bez względu bowiem na to, w której
miejscowości ona powstanie, nikt nie jest w stanie dać gwarancji
mieszkańcom, którzy żyją z turystyki i rybołówstwa, że nie odstraszy to
przyjezdnych gości i tym samym odbierze im możliwości zarobku - zaznacza
Michał Kujaczyński, rzecznik prasowy prezydenta Kołobrzegu.
Całą sytuację krótko komentuje natomiast Henryk Bieńkowski, sekretarz gminy Mielno.
- Przytoczę jeden argument na nie dla elektrowni jądrowej w Gąskach.
Mój kolega z Berlina powiedział, ze nie przyjedzie do mnie na weekend,
jeżeli będę sąsiadem takiej elektrowni mówi Henryk Bieńkowski.
Jak podkreśla z kolei Tadeusz Pasusiak z komitetu obywatelskiego Nie
dla Atomu w Lubiatowie, nikt nie może zapewnić mieszkańcom gminy, na
terenie której działałaby elektrownia ani stuprocentowego
bezpieczeństwa, ani nowych miejsc pracy i tym samym wymiernych korzyści
finansowych.
- Nie ma czegoś takiego jak turystyka atomowa i nigdy nie będzie. Co
więcej, żadna technologia nie zapewni ochrony przed radioaktywnymi
odpadami, przede wszystkim zaś nie da stuprocentownej gwarancji
bezpieczeństwa i tego, że w Polsce nie wydarzy się to co w Fukushimie -
zaznacza Pasusiak. -
- Zarówno PGE jak i rząd mówią o korzyściach finansowych dla regionów,
w którym powstanie elektrownia, tylko w tym momencie pojawia się
pytanie dlaczego niszczyć to, co już istnieje, a więc turystykę czy
rybołówstwo, dobrze funkcjonuje i przynosi zyski, na rzecz tego, co
nieznane i niesprawdzone - dodaje.
Trwające upały nie zaskakują klimatologów.Podkreślają oni, że
notowane w ostatnich dniach temperatury są uciążliwe, ale nie rekordowo
wysokie, bo wyższe były notowane jeszcze w pierwszej połowie ubiegłego
wieku.
W ostatnich latach obserwujemy jednak nagromadzenie bardzo ciepłych
okresów letnich - wysokie temperatury utrzymują się kilka lub
kilkanaście dni. Do tego jednak musimy zacząć się przyzwyczajać.
- Takie lata już bywały w naszej historii, więc to nie jest nic
nienormalnego - mówi prof. dr hab. Krzysztof Błażejczyk, klimatolog z
Zakładu Geoekologii i Klimatologii, Instytutu Geografii i Przestrzennego
Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk. - Ostatnie 10-15 lat to
nagromadzenie bardzo ciepłych okresów letnich, kiedy są długie fale
upałów i jednocześnie dosyć wysokie temperatury, chociaż nie te
najbardziej rekordowe. Dla klimatologa nie jest to zaskoczenia,
aczkolwiek jest to uciążliwe.
Jak podkreśla, rekordy letnich temperatur pochodzą jeszcze z pierwszej
połowy ubiegłego wieku, więc o znaczącym ociepleniu nie możemy mówić.
Najwyższą odnotowano 29 lipca 1921 roku w Prószkowie na Opolszczyźnie.
Słupki rtęci wskazały wówczas 40,2°C.
Zdaniem prof. Błażejczyka, w Polsce z perspektywy wielu lat daje się
wyróżnić dwie "oazy gorąca". Pierwsza to Kotlina Sandomierska i
przedgórze Karpat - Tarnów, Sandomierz, Tarnobrzeg. Natomiast druga to
Dolny Śląsk i okolice Opola, czyli tzw. Brama Morawska. Nie ma jednak
reguły. W poprzednich latach zdarzało się, że biegunem ciepła była
Suwalszczyzna, lub - tak jak teraz zachodnio-północna część Polski.
Zmiany temperatur dotyczą nie tylko okresów letnich. Również zimy stają się coraz cieplejsze.
- Zimą to jest nawet bardziej widoczne. Temperatura zimy jest średnio
około 2 stopni wyższa niż była jeszcze 50 czy 70 lat temu. W okresach
letnich temperatury są o niecały stopień wyższe - wyjaśnia klimatolog. -
Najbardziej uciążliwe w tej chwili jest to, że są takie długie fale
upałów, które trwają tydzień, czasami więcej i temperatura się utrzymuje
na tym wysokim poziomie, nie dając wychłodzenia organizmu i powietrza,
także i nocą.
Zmiany przypisuje się efektowi cieplarnianemu. Jednak - jak wyjaśnia
prof. Krzysztof Błażejczyk - jest to proces bardzo naturalny i bez
efektu cieplarnianego nie byłoby dzisiaj życia na Ziemi. Temperatury
wahałaby się w granicach -18 stopni, co uniemożliwiałoby naturalny
wzrost roślin (dzięki naturalnemu efektowi cieplarnianemu jest to ok.
+15 stopni). Człowiek poprzez swoją działalność tylko ten efekt
przyspiesza, jednak w skali globalnej przyrost z tego powodu jest
niewielki, sięga 1-2 stopni (z dodatkowych 32 stopni, które są zasługą
efektu cieplarnianego).
- Efekt cieplarniany powoduje rozchwianie pewnych procesów w
atmosferze, powodując czasami długotrwałe, intensywne i głęboko
wkraczające w kontynent Europy i nie tylko, fale gorąca, a także fale
ciepła zimą, intensywne opady, itd. - tłumaczy klimatolog z PAN.
W związku z tym na całym świecie można obserwować ekstremalne zjawiska
pogodowe, m.in. w południowo-wschodniej i wschodniej Azji.
- Także basem Morza Karaibskiego i Ameryka Południowa, część Ameryki
Północnej - tam takie zjawiska jak huragany, tornada czy tajfuny są
jeszcze bardziej intensywne, występują z większym nasileniem - mówi
prof. Błażejczyk.
Źródło: newseria.pl
Ponad 90 proc. terenów woj. warmińsko-mazurskiego powinno zostać wyłączonych z planów budowy wiatraków, informuje "Nasz Dziennik", powołując się na raport sporządzony na wniosek samorządowców przez specjalistyczną firmę z Kielc.
Powód, to niezwykłej wartości walory przyrodnicze i turystyczne tych
terenów. Na 90 proc. obszaru wogóle nie powinno się budować elektrowni
wiatrowych, a na 9 proc. terenów można je lokować tylko z bardzo
poważnymi ograniczeniami. Stawiać wiatraki bez szkód dla ludzi i
przyrody można jedynie na 0,5 proc. terenu województwa.
Podobną opinię dotyczącą terenów woj. podlaskiego wydała niedawno
Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Białymstoku. W jej ocenie
wiatraki powinny znajdować się przynajmniej dwa kilometry od domów
mieszkalnych.
Warmińsko-mazurski urząd marszałkowski wystosował do wszystkich marszałków województw w Polsce stanowisko w sprawie moratorium na budowę elektrowni wiatrowych. Ci wspólnie skierowali je do rządu i prezydenta. Samorząd Warmii i Mazur chce, aby do czasu uchwalenia przez parlament ustawy, która szczegółowo regulowałaby kwestie lokowania wiatraków, wstrzymano takie inwestycje.
Źródło: PAP







