Gminy czy osoby prywatne w przyszłości mogłyby sprzedawać firmom energetycznym energię produkowaną z biomasy czy odpadów - uważa prof. Jan Kiciński.
Na projekt "Opracowanie zintegrowanych technologii wytwarzania paliw i energii z biomasy, odpadów rolniczych i
innych" przeznaczono ponad 110 mln zł. Projekt realizuje konsorcjum, w
którego skład wchodzi Instytut Maszyn Przepływowych PAN w Gdańsku i
Energa S.A oraz kilkanaście zespołów badawczych z kilku uczelni wyższych
i instytutów badawczych jako współwykonawcy. "Jest to największy
projekt badawczy w Polsce" - komentuje kierownik projektu, prof. Jan
Kiciński z IMP PAN. Zespół otrzymał w maju nagrodę Prezesa Rady
Ministrów za osiągnięcia naukowo-techniczne.
"Chcemy zbudować nowoczesne instalacje kogeneracyjne, tzn. takie, które
wytwarzają i ciepło, i prąd dla gmin. Dziś w gminach mamy stare
kotłownie, które produkują tylko ciepło, a latem są zwykle wyłączane. A
my chcemy, żeby w nich powstawały nowe instalacje - tzw. kogeneratory
czy moduły ORC (Organic Rankine Cycle) - które pracują cały rok i oprócz
ciepła wytwarzają prąd" - wyjaśnia w rozmowie z PAP prof. Kiciński.
Eksperymentalna instalacja powstaje już w miejscowości Żychlin
(łódzkie). "Starą ciepłownię chcemy tam przekształcić w nowoczesny moduł
kogeneracyjny. W okolicy jest przemysł drzewny. Aż się prosi, żeby
wymyślić sposób wykorzystania tych zrębków i trocin" - komentuje
kierownik projektu.
Wyjaśnia, że w specjalnym piecu spalane byłyby drewniane odpady a
ciepło używane byłoby do podgrzewania tzw. czynnika niskowrzącego.
Badacz wyjaśnia, że czynniki niskowrzące używane są np. w lodówkach czy w
dezodorantach. Jest to ciecz, która wrze w temperaturze znacznie
niższej niż woda. Gwałtownie parując substancja ta napędza łopatki
mikroturbiny i wytwarza prąd. "A prąd jest znacznie droższy niż ciepło" -
komentuje prof. Kiciński.
Wyjaśnia, że na całym świecie podobne technologie są dopiero
opracowywane. Problemem jest m.in. czynnik niskowrzący, którego
właściwości nie są optymalne - uszkadza turbiny i jest szkodliwy dla
środowiska. Dla naukowców wyzwaniem jest także dostosowanie modułów do
indywidualnych instalacji - do wytwarzania odpowiednio dużej mocy czy do
spalania odpowiednich materiałów.
Prof. Kiciński wyjaśnia, że rozwiązanie, nad którym pracuje jego
zespół, jest o wiele bardziej ekologiczne niż spalanie węgla. Odpady
takie jak zrębki czy trociny były dotychczas spalane by uzyskać ciepło.
Dzięki badaniom Polaków, z odpadów takich będzie można uzyskiwać ciepło i
prąd.
Naukowiec wyjaśnia, że praca jego zespołu nakierowana jest na potrzeby
gmin, które mogłyby się stać Autonomicznymi Regionami Energetycznymi
(ARE). "Chodzi o to, by gminy były samowystarczalne energetycznie i
mogły użytkować swoje odpady czy zasoby odnawialne (np. biomasę czy
rośliny energetyczne). Nie musiałyby wtedy brać z sieci energii
elektrycznej, która pochodzi ze spalania węgla" - zaznacza prof.
Kiciński.
Rozwój Autonomicznych Regionów Energetycznych to element polityki
energetycznej zmierzającej do produkcji energii elektrycznej w
rozproszeniu, czyli w małych lokalnych instalacjach, a nie tylko w
wielkich elektrowniach.
Zespół z IMP PAN, przy współpracy z zespołami z Politechniki Łódzkiej i
Gdańskiej, opracowuje też małe moduły ORC na potrzeby gospodarstw
indywidualnych. "Już przygotowujemy taką instalację. Za rok chcemy
rozpocząć jej wdrażanie. To propozycja dla odbiorców indywidualnych.
Ktoś, kto ma domek na wsi będzie mógł spalać, co chce - gaz, zrębki,
biomasę, a oprócz ciepła dostanie prąd" - mówi naukowiec i zaznacza, że
takie instalacje nie byłyby duże - spokojnie zmieściłyby się np. w
piwnicy.
Takie podejście do energetyki nazywa się energetyką obywatelską czy
prosumencką. "Obywatel staje się podmiotem procesu energetycznego - nie
tylko pobiera energię, ale i staje się jej producentem" - zaznacza
ekspert z IMP PAN i uważa, że takie podejście do energetyki "jest
nieuniknionym trendem". Jak tłumaczy prof. Kiciński, energetyka
prosumencka będzie miała sens, gdy rozwinięte będą tzw. smartgridy,
czyli inteligentne sieci, które umożliwią sprzedaż energii elektrycznej
przez lokalnych jej producentów. Prof. Kiciński zaznacza, że
przygotowywana jest już ustawa, która zobowiąże operatorów do kupna tak
wyprodukowanej energii. "Można sobie wyobrazić, że tysiące wytwórców
energii będą mogły przekazać do sieci nadwyżki energii elektrycznej, ale
w każdej chwili każdy będzie też mógł energię z sieci pobrać" - opisuje
badacz.
Badania realizowane są w ramach strategicznego programu "Zaawansowane
technologie pozyskiwania energii" prowadzonego przez Narodowe Centrum,
Badań i Rozwoju.
Źródło: Ludwika Tomala (PAP)
Gazu z łupków w Europie nie ma tyle, by mógł zagrozić pozycji
energii z atomu, system wsparcia dla źródeł odnawialnych należy
przemyśleć od nowa, tylko atom daje przewidywalność cen – mówili
przedstawiciele francuskich instytucji podczas spotkania w senackiej
komisji gospodarki.
Podczas
wtorkowej konferencji o doświadczeniach francuskiego sektora
nuklearnego, zorganizowanej przez senacką komisję gospodarki narodowej
przedstawiciele francuskiego parlamentu, rządu i innych instytucji
zaprezentowali m.in. działanie swojego sektora nuklearnego i korzyści,
jakie przynosi krajowi.
Odpowiadając na pytania senatorów Mario Pain z francuskiej Generalnej
Dyrekcji ds. Energii i Klimatu (DGEC) podkreślał, że dziś cena energii
elektrycznej z atomu we Francji kształtuje się na poziomie 37-42 euro za
MW i jest znacznie niższa od cen energii z jakiegokolwiek
niskowęglowego źródła, które zaczynają się od 80 euro. W dodatku atom
daje, jako jedyny całkowitą przewidywalność ceny na dziesięciolecia w
przód, w odróżnieniu np. od węgla, gdzie cena uprawnień do emisji CO2
jest niewiadomą – zauważył.
Pain mówił też, że aby sfinansować projekty jądrowe inwestor musi mieć
absolutną pewność wsparcia ze strony państwa w długim okresie, choćby z
powodu najpoważniejszego ryzyka – politycznego, czyli możliwości zmiany
decyzji, co do energetyki jądrowej w danym państwie.
Gaz i atom się nie wykluczają
Senatorowie pytali m.in. o to, czy konkurencyjności energii jądrowej
nie zagrozi gaz łupkowy, jak to się dzieje w USA. – Nie sądzimy jednak,
że ilości gazu z łupków w Europie są wystarczająco duże, by zmienić
rynek i wystarczająco obniżyć cenę energii, aby mogła konkurować z
atomem. Być może w Europie mogłoby to się stać w Wielkiej Brytanii,
gdzie cena energii jest bardzo wysoka – mówił przedstawiciel francuskiej
DGEC.
Z kolei wiceprzewodniczący Parlamentarnego Biura ds. Oceny Opcji
Naukowych i Technologicznych Jean-Yves Le Deaut wskazywał, że wydaje
się, iż od gazu z łupków łatwiej eksploatować metan z pokładów węgla.
Podkreślił jednak, że gaz i atom nie wykluczają się wzajemnie, bo
produkcja energii z gazu w pierwszej kolejności będzie zastępować
produkcję energii z węgla.
Źródła odnawialne
Senatorowie dociekali także, czy energetyka jądrowa może efektywnie
współpracować z odnawialnymi źródłami energii (OZE) i jaki wobec tego
powinna być optymalna relacja udziału tych źródeł. Le Deaut wskazywał,
że Niemcy, które postanowiły odejść od atomu i postawiły na OZE stały
się wielkim importerem francuskiego prądu.
Z kolei Pain podkreślał, że OZE we Francji jest stosunkowo niewiele i
system energetyczny jest w stanie skompensować niestabilność ich
produkcji. Jednak, jego zdaniem, w Niemczech rynek energii elektrycznej
tak naprawdę nie działa, zdarza się bowiem, że ceny są negatywne – płaci
się OZE, które mają pierwszeństwo w dostępie do sieci za to, żeby nie
produkowały energii.
– Sądzimy, że system wsparcia dla OZE powinien zostać od nowa
przemyślany. Jak chcemy, żeby rynek energii działał prawidłowo, to
większa część energii na nim nie może być subwencjonowana. Trzeba odejść
od systemu subwencjonowanych taryf na rzecz systemu wspierania
inwestycji, która potem powinna już działać w warunkach rynkowych –
mówił Pain.
Lider energii jądrowej
Francja jest światowym liderem w wykorzystaniu energii jądrowej. 58
reaktorów produkuje niemal 80 proc. energii elektrycznej, niecałe 10
proc. pochodzi z elektrowni konwencjonalnych, a ponad 11 ze źródeł
odnawialnych, jak elektrownie wodne, wiatr i słońce.
Według specjalnego raportu francuskiego Trybunału Obrachunkowego z 2012
r., energetyka jądrowa we Francji nie ma ukrytych kosztów, całość
inwestycji w sektor wyniosła 120 mld euro (w wartości z 2010 r.), cena
energii z działających bloków w 2010 r. wynosiła 33 euro za MWh.
W ciągu 15 lat ma rosnąć do 40-45 euro z powodu dodatkowych inwestycji w
budowę nowych bloków, bezpieczeństwo, przedłużanie czasu eksploatacji
itp. Koszty likwidacji elektrowni i zarządzania odpadami są marginalne –
ocenił też Trybunał. Koszt energii z budowanego we Flamanville reaktora
najnowszego typu EPR oszacowano na ok. 75 euro za MWh, natomiast w
przypadku budowy serii 10 EPR-ów energia z nich kosztowałaby w granicach
50-55 euro za MWh.
Źródło: TVP Parlament
Koszty inwestycji w instalacje fotowoltaiczne uległy w okresie
ostatnich lat obniżeniu i utrzymują się obecnie na stałym poziomie. Aby
tego typu elektrownie stały się w Polsce atrakcyjną inwestycją,
potrzebna jest nie tylko aktualizacja systemu wsparcia wynikająca z
planowanych zmian legislacyjnych, ale również dostęp do dodatkowych
subwencji.
–
Polska nie należy do krajów o dużym nasłonecznieniu. Nasze analizy
biznesowe wskazują, że aby fotowoltaika w naszym kraju miała rację bytu w
znaczeniu ekonomicznym i mogła być traktowana jako atrakcyjna
inwestycja nie tylko potrzebujemy wsparcia w postaci współczynników
korekcyjnych, ale także możliwości pokrycia części kosztów inwestycji
przez dodatkowe dotacje, bądź preferencyjne warunki finansowania – mówi
Jacek Markowski, Członek Zarządu Centrum Rozwoju Energetyki.
Koszt realizacji instalacji fotowoltaicznej o mocy 1 MW to obecnie
około 1,3 mln euro. Jeszcze kilka lat temu koszt ten kształtował się na
poziomie 1,5 mln euro.
– Możemy mówić o istnieniu trendu spadkowego, jeśli chodzi o koszty
technologii. Wraz z kolejnymi generacjami ogniw fotowoltaicznych stają
się one tańsze, niestety kosztem sprawności. Zmiany w koszcie realizacji
inwestycji wynikają także w obniżki marż producentów, co w dużym
stopniu miało wpływ na spadek cen. Nie przewidujemy istotnych zmian w
najbliższym czasie. Budując modele finansowe przyjmujemy obecny poziom
kosztów – wyjaśnia Jacek Markowski.
Oczekiwanie ze strony przedsiębiorców i inwestorów na rozwiązania
legislacyjne spowodowały, że – jak twierdzi Markowski – zapał do
inwestycji się ostudził. Prace nad ustawą o odnawialnych źródłach
energii (OZE) przedłużają się kolejny rok – brak świadomości
ostatecznego kształtu systemu wsparcia uniemożliwia podejmowanie decyzji
inwestycyjnych.
Warunki atmosferyczne sprawiają, że potencjał projektów opartych o
technologie fotowoltaiczne w Polsce jest znacznie niższy niż projektów
elektrowni wiatrowych. Z punktu widzenia wsparcia przez nowe
współczynniki korekcyjne Centrum Rozwoju Energetyki szacuje go na
zaledwie 1 tys. MW.
– Niskie nasłonecznienie naszego kraju powoduje, że produktywność tych
źródeł energii jest znacznie niższa niż w przypadku wiatru. W związku z
tym chcąc realizować tego typu inwestycję, musimy być w stanie
racjonalnie je zaplanować i użyć wszelkich dostępnych mechanizmów
wsparcia inwestycji – przestrzega prezes CRE.
Dla inwestorów jednym z najistotniejszych elementów Ustawy o OZE jest
zapewnienie niezmienności wsparcia dla instalacji OZE przez okres 15
lat.
– Mniej istotne z naszego punktu widzenia są kwestie wysokości
współczynników korekcyjnych, większe znaczenie mają te związane z
wieloletnimi gwarancjami. Oczywiście wysokość współczynników jest dużo
istotniejsza dla inwestycji fotowoltaicznych, niż w przypadku elektrowni
wiatrowych, ale to gwarancja 15 lat stabilności inwestycji umożliwia
podejmowanie decyzji inwestycyjnych zarówno przedsiębiorcom, jak i
bankom udzielającym kredytów – tłumaczy prezes. – 15 lat to okres
wystarczający, by inwestycję zrealizować oraz żeby przez okres kolejnych
np. 10 lat zapewnić stabilność przychodów – podsumowuje Jacek
Markowski.
Na koniec 2012 roku łączna moc instalacji fotowoltaicznych w Europie
wyniosła 69 GW, co w ujęciu rocznym stanowiło wzrost o 34%. Łącznie na
świecie było to aż 101 GW.
Liderami światowego rynku są Włochy i Niemcy, które odpowiednio z 32,3
GW i 16,25 GW, posiadają niemal 50% światowych mocy fotowoltaicznych.
Łączna moc instalacji fotowoltaicznych w Polsce wynosiła na koniec 2012
roku ok. 2 MW
Europa zwiększyła zainstalowane moce o ponad 35% w porównaniu do 2011
roku. W 2012 roku w Europie przyłączonych zostało 17 GW w porównaniu do
21,9 GW oddanych w 2011 roku i 13,4 GW oddanych w 2010 roku.
Źródło: Newseria
Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej apeluje o uporządkowanie rynku zielonych certyfikatów, czyli dokumentów, który potwierdza wytworzenie energii elektrycznej za pomocą odnawialnych źródeł energii (OZE).
Dzięki
certyfikatom producenci energii elektrycznej mogą pozyskać dodatkowe
przychody z tytułu produkcji zielonej energii. Dziś na tym rynku panuje
chaos i dezinformacja, bo nawet państowe instytucje przedstawiają
sprzeczne dane. To ma sprzyjać nadużyciom i blokować rozwój zielonej
energetyki.
– Gdybyśmy taki system wprowadzili wcześniej, prawdopodobnie nie
mielibyśmy do czynienia z bardzo wysoką nadpodażą zielonych
certyfikatów, która się ujawniła dopiero pod koniec zeszłego roku –
uważa Wojciech Cetnarski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki
Wiatrowej. – Postulujemy wprowadzenie bardziej transparentnego rynku,
aby wszystkie instytucje, które gromadzą informacje o rynku zielonych
certyfikatów, robiły to według jednego, wspólnie przyjętego standardu i
publikowały raz na miesiąc. Dzięki temu rynek będzie dużo bardziej
transparentny i pozwoli inwestorom lepiej planować swoje inwestycje i
nimi zarządzać.
Jak informuje Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej (PSEW), dane
dotyczące tego rynku znajdują się w czterech miejscach – w Agencji Rynku
Energii (gdzie w ramach systemu statystyki państwowej zbiera się
miesięczne dane m.in. na temat produkcji energii ze źródeł
odnawialnych), w Urzędzie Regulacji Energetyki (tu wydawane są
certyfikaty i przyznawane koncesje na wytwarzanie energii odnawialnej),
na Towarowej Giełdzie Energii (gdzie rejestrowane są certyfikaty oraz
odbywa się handel nimi), a także w Narodowym Funduszu Ochrony Środowiska
i Gospodarki Wodnej (na którego rachunek uiszcza się opłatę zastępczą).
– Dane z Agencji Rynku Energii są niepełne, gdyż brakuje w nich
informacji na temat wniosków, które zostały złożone do prezesa Urzędu
Regulacji Energetyki o wydanie zielonych certyfikatów. Brakuje również
informacji na temat wysokości opłaty zastępczej, którą podmioty wnoszą
do NFOŚiGW. Mamy więc różne instytucje, które zbierają te dane
posługujące się przy tym odmiennymi standardami i nie można stwierdzić,
ile tych certyfikatów jest wydanych i ile będzie wydanych – tłumaczy w
rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Cetnarski.
To powoduje, że na rynku panuje chaos, co utrudnia prowadzenie
inwestycji. Ta sytuacja zdaniem stowarzyszenia przyczyniła się np. do
nadpodaży zielonych certyfikatów.
Dla przykładu, PSEW podaje, że Agencja Rynku Energii przedstawiła w
kwietniu raport, w którym znalazła się informacja o tym, że produkcja
energii ze źródeł odnawialnych w 2012 roku wyniosła 16,8 TWh. To jest
więcej o 4 TWh od produkcji w 2011 roku. Z kolei według danych Urzędu
Regulacji Energetyki produkcja zielonej energii była na poziomie 13,8
TWh.
– Apelujemy o wprowadzenie kompleksowych zapisów w tzw. małym trójpaku
energetycznym. To nie będzie nadregulacja, a jedynie właściwe
wykorzystanie istniejących systemów zbierania informacji i umocowanie
ich w zapisach ustawowych. W innym razie resort gospodarki nie będzie
zdolny do zbierania i publikowania niezbędnych danych, z właściwą
częstotliwością – mówi Wojciech Cetnarski.
A jak przypomina, taki obowiązek nakłada na Polskę unijna dyrektywa w
sprawie promowania stosowania energii ze źródeł odnawialnych.
Źródło: Newseria
Ministerstwo Środowiska rusza z kampanią informacyjną nt. gazu z
łupków, skierowaną przede wszystkim do mieszkańców i władz
samorządowych. Głównym celem projektu jest dialog z grupami, których
poszukiwania niekonwencjonalnych złóż gazu bezpośrednio dotyczą.
O kampanii
Kampania „Porozmawiajmy o łupkach” jest realizowana ze środków Unii
Europejskiej oraz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki
Wodnej. Pod koniec 2012 r. Komisja Europejska ogłosiła konkurs
skierowany do wszystkich państw członkowskich UE na realizację działań
informacyjnych i dialogu ze społeczeństwem na temat gazu z łupków.
Wniosek złożony przez Ministerstwo Środowiska został pozytywnie
oceniony.
Kampania „Porozmawiajmy o łupkach", zgodnie z wytycznymi Komisji
Europejskiej, będzie miała charakter regionalny. Obejmie dwa obszary:
Polskę północną (woj. pomorskie, kujawsko-pomorskie i
warmińsko-mazurskie) i Lubelszczyznę (woj. lubelskie), czyli tereny o
największej aktywności firm poszukiwawczych, uznawane za jedne z
najbardziej perspektywicznych pod względem zasobów złóż.
Adresatami kampanii są w pierwszej kolejności mieszkańcy obu regionów,
ale niektóre działania będą skierowane do wszystkich stron
zaangażowanych w proces poszukiwań niekonwencjonalnych złóż gazu, w tym
do przedstawicieli administracji samorządowej, organów ochrony
środowiska, organizacji pozarządowych, firm poszukiwawczych, naukowców
itp.
Działania w ramach kampanii
W ramach kampanii powstanie specjalna strona internetowa. Będzie ona
stanowiła podstawowe źródło informacji o gazie z łupków dla wszystkich
grup zainteresowanych tym tematem. Pojawią się tutaj także informacje
dotyczące aspektów środowiskowych i technologicznych poszukiwania i
wydobywania gazu z łupków. Poprzez stronę będą się ponadto odbywać
konsultacje on-line, pozwalające na zadanie dowolnego pytania na temat
niekonwencjonalnych złóż gazu.
Zgodnie z hasłem kampanii – „Porozmawiajmy o łupkach” – bardzo ważnym
punktem przedsięwzięcia będą dwa wysłuchania publiczne, które odbędą się
w obu regionach na jesieni 2013 r. Celem spotkań będzie umożliwienie
wymiany poglądów na temat gazu z łupków. Dzięki temu działaniu
mieszkańcy terenów objętych poszukiwaniami oraz inne zaproszone osoby
będą mieli okazję przedstawić swoją opinię dotyczącą trwających w
regionie prac oraz innych zagadnień związanych z niekonwencjonalnymi
złożami gazu. Przedstawiciele Ministerstwa Środowiska wysłuchają
wszystkich wystąpień i na ich podstawie opracują dokument, który wskaże
najważniejsze potrzeby, oczekiwania, nadzieje i obawy zaangażowanych
stron oraz niezbędne działania na przyszłość.
- Poprzez kampanię chcemy dotrzeć do wszystkich grup odbiorców, których
poszukiwanie i wydobywanie gazu z łupków bezpośrednio dotyczy.
Mieszkańcom i władzom samorządowym rejonów, w których trwają prace
poszukiwawcze, chcemy przekazać rzetelne informacje nt. procesu i
wysłuchać ich opinii – mówi Piotr Woźniak, Główny Geolog Kraju i
wiceminister środowiska.
Kampania „Porozmawiajmy o łupkach” potrwa do końca 2013 roku.
Źródło: Ministerstwo Środowiska
Energetyka odnawialna daje miejsca pracy - mówi Józef Neterowicz, ekspert ds. ochrony środowiska.
Jak Pan ocenia inicjatywy podejmowane przez samorządy na rzecz ochrony klimatu?
Józef Neterowicz, ekspert ds. ochrony środowiska i energii odnawialnej
Związku Powiatów Polskich: Samorządy robią, co mogą. Problem w tym, że
działania klimatyczne powinny być koordynowane centralnie, bo tylko w
dużej skali te przedsięwzięcia dają totalny efekt. Polska samorządność
jest bardzo rozczłonkowana, gminy są małe i przez to mają zbyt skromne
środki, żeby same mogły działać w kierunku polepszenia sytuacji
klimatycznej.
Czyli Pana zdaniem brakuje rządowej mobilizacji, by poważnie traktować ochronę klimatu?
- Wszystko to, co w tej chwili przedstawia nam się jako rzeczy ważne,
to są tematy zastępcze. Tymczasem terminy wypełniania dyrektyw unijnych
albo szybko zbliżają się do końca, albo już są przekroczone. Bardzo
dobrze, że w gminach są programy montowania kolektorów słonecznych, ale
to wszystko jest kropla w morzu potrzeb.
Zobowiązaliśmy się przecież, że do 2020 r. 15 proc. całej energii w
bilansie energetycznym państwa będzie pochodzić z energii odnawialnej,
że o 20 proc. zwiększy się efektywność energetyczna naszych systemów, że
o 20% zmniejszymy emisję kopalnego CO 2 i że 10 proc. paliw w
transporcie to będą paliwa odnawialne.
Nie ma masterplanu jak do tego wszystkiego dojść. W Szwecji jest ponad
600 stacji na biogaz produkowany z frakcji biologicznej odpadów. A my
mamy ogromne zmartwienie, co będziemy robić z tymi odpadami od 1 lipca,
gdy ustawa odpadowa wejdzie w życie, nie mówiąc o karach unijnych za
niewykonanie dyrektywy.
Ustawa śmieciowa otwiera nowe możliwości dla ochrony klimatu?
- Problemem w Polsce jest to, że mówi się o śmieciach. A śmieci nie
mają wartości. Powinniśmy mówić o odpadach, których jesteśmy wytwórcami i
o ustawie odpadowej. Dzięki niej po raz pierwszy samorząd wie, co się
dzieje z odpadami wytworzonymi na jego terenie.
Gminy będą płacić firmom świadczącym usługi transportowe i będą
decydować, dokąd odpady mają trafić. Jeżeli recykling jest opłacalny, to
należy z niego korzystać, jeżeli nie - odpady powinno się zamienić na
energię czyli spalić lub produkować z ich frakcji biodegradowalnej
biogaz.
Trzeba powiedzieć jasno: wytwarzamy odpady komunalne, mamy wymagania
unijne co do nieskładowania frakcji biodegradowalnej, musimy coś z tym
zrobić. W zasadzie od 1 stycznia 2011 roku Polska powinna płacić milion
złotych dziennie kary.
Unia nam na razie odpuszcza, ale tylko dlatego, że przynajmniej
wprowadziliśmy nowe prawodawstwo ustanawiające władztwo gmin nad
odpadami. Do samorządów powinna zostać jednak skierowana centralna
informacja, że bierzemy poważnie nasze zobowiązania unijne, dotyczące
ochrony klimatu. Następny termin to początek roku 2014!!!
Mimo wszystko coś się w tym temacie w samorządzie dzieje...
- Dużo zależy od tego, na ile starosta czy prezydent miasta jest
świadomy tego, że Unia Europejska nie odpuści nam naszych zobowiązań
klimatycznych i że trzeba już coś robić. Dlatego powstają wiatraki,
panele słoneczne czy kotłownie na biomasę. Niestety jest też tak, że
pseudo-spece od ekologicznych rozwiązań jeżdżą po gminach i zawracają
głowę tym biednym samorządowcom.
Czyli wszystko opiera się na razie na świadomości samorządowców?
- Cała energetyka odnawialna opiera się niestety na pasjonatach. Nie
tylko w samorządzie, ale w ogóle. O plusach odnawialnych źródeł energii
opowiada kilku zapaleńców, którzy jeżdżą po Polsce. Trwanie przy węglu
kamiennym jest idiotyzmem. Jego zapasy skończą się za 30-40 lat. Z czego
potem będziemy wytwarzać stal?
Zostawmy węgiel dla przemysłu, medycyny, tam gdzie jest on niezbędny
dla technologii. Nie marnujmy go w naszych niewydajnych systemach
energetycznych. Teraz tylko 1/3 energii z energii chemicznej węgla jest
efektywnie wykorzystywana, reszta idzie w powietrze.
Trzeba odejść od przyzwyczajenia do palenia węglem. Samorządowcy często
obawiają się jednak inwestować w coś, co nie jest zatwierdzone. Rząd
powinien wesprzeć gminy chociażby w informowaniu społeczeństwa na temat
nieszkodliwości spalarni. Na razie górują pseudo-ekolodzy, którzy
oprotestowują tego typu inwestycje.
Mówimy o korzyściach pro publico bono, ale niskoemisyjna energetyka to też korzyści gospodarcze?
- Energetyka odnawialna daje miejsca pracy. Proszę się zastanowić, co
te gminy wiejskie mają zaproponować rolnikom, którzy zaczynają odczuwać
konkurencyjność rolnictwa unijnego. Szansą jest właśnie uprawa roślin
energetycznych, sadzenie wierzby energetycznej.
W Szwecji na 9 mln mieszkańców 700 tys. osób pracuje w energetyce
odnawialnej. Tylko trzeba pamiętać, że nie można - jak to się dzieje w
Polsce - współspalać węgla z biomasą.
Właściwie jedyną szansą na duże inwestycje sprzyjające ochronie klimatu są fundusze unijne...
- Tyle, że nie powinno się korzystać z dotacji unijnych w celach
komercyjnych, a tak jest w przypadku spalarni odpadów, produkcji energii
elektrycznej czy ciepła. To zaburza konkurencyjność.
Inwestorzy, którzy mają środki na technologie zapewniające efektywny
sposób utylizacji odpadów, nie mogą działać, bo gmina, która dostała
dotację, może po niższej cenie przejmować odpady.
Taka sytuacja obniża też zainteresowanie gminy przeprowadzaniem
przetargów w sposób najbardziej konkurencyjny. Jest miasto na południu
Polski, które zafundowało sobie spalarnię za 800 mln zł, podczas gdy
mogłaby kosztować od 450 do 500 mln zł. To efekt metody zaprojektuj i
wybuduj, która jest najdroższym sposobem kupowania inwestycji
samorządowych.
Jakie zmiany w prawie są potrzebne, żeby inwestycje w ochronę klimatu stały się codziennością?
- Przede wszystkim brudna energia węglowa powinna być obarczona
podatkiem, a czysta energia odnawialna nie. U nas jest na odwrót. Czarna
energia kurzy, jak chce, a zielona dostaje jakieś idiotyczne
certyfikaty, których cena zależy od podaży.
Nadpodaż zielonych certyfikatów spowodowana jest współspalaniem węgla z
surową biomasą, co przeczy prawom fizyki (kotły są na suche paliwo,
jakim jest węgiel, a surowa biomasa jest paliwem wilgotnym, co powoduje
korozję i zmniejszenie mocy jednostki).
Mamy telefony i samochody z XXI wieku, telewizję cyfrową, a energetykę z lat 70. ubiegłego stulecia.
Źródło: Serwis Samorządowy PAP
Klub Publicystów Ochrony Środowiska EKOS przy współpracy z Deutsche Bundesstiftung Umwelt – DBU zorganizował konkurs “Dziennikarze dla klimatu”. Mogą wziąć w nim udział dziennikarze ze wszystkich mediów, także internetowych.
Zgłoś
udział w konkursie – spraw, aby polskie społeczeństwo dowiedziało się
więcej jak zmienia się klimat na naszej planecie, jakie z tego wynikają
zagrożenia dla gospodarki, przyrody, dla naszego życia.
Termin nadsyłania prac upływa 11 października 2013 roku.
Więcej informacji:
http://www.dziennikarzedlaklimatu.pl
kontakt: biuro@dziennikarzedlaklimatu.pl
telefon: 515 111 490 oraz 22 663 12 33
Źródło: www.dziennikarzedlaklimatu.pl
Rozwój odnawialnych źródeł energii, a także konieczność
liberalizacji rynku sprawiają, że rośnie zapotrzebowanie na błękitne
paliwo i zmienia się rola gazowego monopolisty, jakim jest PGNiG.
Koncernowi rośnie konkurencja w postaci spółek energetycznych
zajmujących się do tej pory sprzedażą prądu. Należy też liczyć się z
tym, że na polską giełdę gazu może wejść Gazprom.
–
Liberalizacja rynku to jest postulat przede wszystkim dużych
przedsiębiorstw elektroenergetycznych oraz firm z sektora chemicznego i
paliwowego. Wszystkie spółki energetyczne mają koncesje na obrót
paliwami gazowymi i chcą dostarczać swoim klientom również gaz. Takie
działania są już podejmowane przez Eneę, Energę czy Tauron – mówi
Agencji Informacyjnej Newseria Jerzy Kurella, doradca zarządu Banku
Gospodarstwa Krajowego ds. projektów energetycznych.
Ekspert przypomina, że przedsiębiorstwa te nie będą konkurencyjne,
dopóki będą pozyskiwały surowiec od jednego dostawcy, na rynku
regulowanym. Zwłaszcza, że mamy tu do czynienia z ograniczeniem swobody
kontraktowej pomiędzy odbiorcą gazu i dostawcą. Umowy łączące Polskie
Górnictwo Naftowe i Gazownictwo z odbiorcami są na ogół długoletnimi
porozumieniami z klauzulami typu take or pay [bierz lub płać – red.].
– To stanowi zagrożenie dla swobody konkurencji, dla obniżki cen gazu
dla przedsiębiorstw komercyjnych – podkreśla Jerzy Kurella. – Zwłaszcza,
że PGNiG jest całkowitym monopolistą – 96 proc. wolumenu gazu jest
pozyskiwane z tej spółki. To wyjątkowa sytuacja na rynku europejskim i
nie do utrzymania na dłuższą metę.
Tym bardziej, że Polska stoi przed ryzykiem płacenia wysokich kar za
niewdrożenie dyrektyw europejskich, zobowiązujących ją do liberalizacji
rynku gazowego. Za każdy dzień niedostosowania polskiego prawodawstwa do
prawa UE, Trybunału Sprawiedliwości może naliczyć karę w wysokości do
270 tys. euro dziennie (liczone od dnia ogłoszenia orzeczenia TS).
Dlatego uwolnienie rynku jest koniecznością.
– Nie można jednak nie brać pod uwagę sytuacji politycznej. Ryzyko jest
takie, że w momencie liberalizacji rynku i swobodnego handlu na
Towarowej Giełdzie Energii jest możliwość wejścia na rynek innych
istotnych graczy, którzy posiadają gaz ziemny. Pytanie jest, czy zawsze
to są gracze, których my, mając na względzie bezpieczeństwo energetyczne
kraju, chcielibyśmy widzieć – mówi ekspert.
Z ekonomicznego punktu widzenia nie ma wątpliwości, że liberalizacja
rynku opłaci się przede wszystkim konsumentom błękitnego paliwa.
– Przykłady rynku brytyjskiego i holenderskiego, gdzie nastąpiła
całkowita liberalizacja rynku energetycznego, w tym rynku gazowego,
pokazują, że ceny energii, gazu dla odbiorców końcowych spadły. A
przedsiębiorstwa sprzedające paliwo mają jednak środki finansowe na
dokonywanie niezbędnych inwestycji – zaznacza Jerzy Kurella.
Aby dać czas PGNiG na przygotowanie się do nowych warunków, obligo
gazowe (czyli wymóg, by przedsiębiorstwo sprzedawało poprzez giełdę
określoną ilość surowca), nie jest wprowadzone od razu w najwyższej
wysokości, tylko stopniowo.
– Mamy niecałe 1,5 roku, żeby przedsiębiorstwo, jakim jest PGNiG mogło
dostosować swoje struktury, służby sprzedażowe i cała firmę do tego, co
nieuniknione. To wbrew pozorom bardzo niewiele czasu aby dokonać
fundamentalnych zmian nie tylko w PGNiG ale i na polskim rynku gazu –
uważa doradca BGK.
Zgodnie z obligiem gazowym od 1 lipca tego roku (pod warunkiem wejścia w
życie do tego czasu nowelizacji Prawa energetycznego) zostanie
wprowadzony obowiązek sprzedawania 30 proc. gazu poprzez Towarową Giełdę
Energii. Następnie od 1 stycznia 2014 roku 50 proc. i docelowo – od 1
lipca 2014 roku – 70 proc. paliwa.
– Aby mówić o rzeczywistej liberalizacji rynku, musimy budować
interkonektory [gazowe połączenia między państwami – red.] oraz
infrastrukturę przesyłową, żeby – jeśli przedsiębiorcy zakontraktują gaz
u innych dostawców niż PGNiG – była faktyczna możliwość dostarczenia
tego gazu – zaznacza Jerzy Kurella.
Źródło: Newseria
W Pradze odbyło się VII spotkanie polsko-czeskiej Grupy
Roboczej ds. jakości powietrza w rejonach przygranicznych. W obradach
uczestniczyli przedstawiciele Ministerstw Środowiska RP oraz Republiki
Czeskiej, a także Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, urzędów
marszałkowskich oraz wojewódzkich inspektoratów ochrony środowiska
województw nadgranicznych.
Podczas spotkania w Pradze powołane zostały tematyczne Grupy eksperckie do spraw:
1) wspólnego podejścia do korzystania ze środków europejskich w Nowej Perspektywie Finansowej 2014-2020,
2) wprowadzenia stref ograniczonego ruchu samochodowego,
3) problematyki ogrzewania domowego.
Grupy te zostały powołane zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami
Ministrów Środowiska RP i Republiki Czeskiej, uzgodnionymi podczas
otwartego Dialogu Ministrów Środowiska, który odbył się 24 stycznia 2013
r. w Ostrawie.
Ponadto, w trakcie spotkania w Pradze, kontynuowana była dyskusja na
temat przygotowywanego czesko–polskiego Mechanizmu wymiany informacji na
temat pozwoleń zintegrowanych, oraz projektu nt. „Wspólnej strategii
zarządzania jakością powietrza w Regionie Morawsko-Śląskim i
Województwie Śląskim”. Poinformowano także o wynikach prac
polsko-czeskiej Grupy ds. wymiany danych w zakresie jakości powietrza
oraz przedstawione zostały informacje o realizowanych i planowanych do
podjęcia działaniach naprawczych, mających na celu poprawę jakości
powietrza w województwach nadgranicznych.
Polskiej delegacji przewodniczyła Pani Małgorzata Wejtko, Dyrektor
Departamentu Ochrony Powietrza w Ministerstwie Środowiska. Spotkanie
odbyło się w dniach 16-17 maja br.
Źródło: Ministerstwo Środowiska
Ekologiczna produkcja, zdrowsza żywność, poprawa warunków pracy
czy uczciwa współpraca z farmerami z Afryki przyniosła 300 mln euro
oszczędności firmie Unilever. Globalny koncern deklaruje dalsze
działania oparte o zrównoważony rozwój, także w polskich fabrykach. Ma
to poprawić nie tylko wizerunek, ale przede wszystkim zwiększyć
innowacyjność i przewagę konkurencyjną firmy.
–
W skali globalnej od 2008 roku zaoszczędziliśmy około 300 mln euro. Te
pieniądze inwestujemy w biznes, w rozwój nowych marek, innowacji.
Również może to odczuć nasz konsument, który dostaje lepszą ofertę i
często tańszą – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Sabina Krzystolik,
wiceprezes Unilever ds. łańcucha dostaw w regionie Europy
Środkowo-Wschodniej.
Od dwóch lat koncern prowadzi plan „Życie w sposób zrównoważony”,
zgodnie z którym do 2020 roku zamierza pozyskiwać 100 proc. surowców z
upraw prowadzonych w sposób zrównoważony, zredukować ilość emisji
dwutlenku węgla, a do końca 2015 roku wszystkie fabryki mają przestać
wysyłać odpady na wysypiska. Część tych założeń już udało się osiągnąć.
– Cel związany z pozyskiwaniem surowców z upraw prowadzonych w sposób
zrównoważony udało nam się zrealizować w skali globalnej w około 36
proc. – mówi Sabina Krzystolik. – Z kolei dzięki redukcji CO2
zaoszczędziliśmy wiele jako firma, ale również nie emitujemy tych gazów
do środowiska. Za cel stawiamy sobie aby do 2020 roku poziom ich emisji z
naszych operacji logistycznych, przy zwiększonym wolumenie
transportowanym, nie przekraczał poziomu z roku 2010.
Unilever zwiększył efektywność ekologiczną we wszystkich 4 fabrykach w
Polsce zmniejszając emisję CO2 na tonę produkcji o 11 proc. w porównaniu
do 2011 r. i o 62 proc. w porównaniu do 2008 r. Na przykład w fabryce
kosmetyków i środków czystości w Bydgoszczy zredukował emisję CO2 o
kilkadziesiąt ton rocznie, dzięki m.in. zmodernizowaniu magazynu
surowców i opakowań.
Z kolei do 2015 r. firma zamierza m.in. usprawnić tzw. efektywność
operacyjną w łańcuchu dostaw, by w ten sposób zmniejszyć dystans
przemierzany przez ciężarówki na polskich drogach o ok. 20 mln km. W
efekcie – również ma zostać ograniczona emisja CO2.
Firma jest też jedną z 14 sygnujących Kartę Różnorodności w Polsce, co
pokazuje, że kładzie szczególny nacisk na politykę równego traktowania
ze względu na m.in. płeć, niepełnosprawność, rasę czy orientację
seksualną.
– Idea zrównoważonego rozwoju jest przede wszystkim motorem
innowacyjności oraz konkurencyjności. Wierzymy, że takie podejście w
każdym aspekcie naszego funkcjonowania, począwszy od pozyskiwania
surowców, poprzez organizację łańcucha dostaw, aż po edukację
konsumentów w zakresie korzystania z naszych produktów, jest warunkiem
niezbędnym do dalszego rozwoju firmy – powiedział podczas prezentacji
raportu „Życie w sposób zrównoważony” Harm Goossens, prezes firmy
Unilever w Polsce oraz w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.
Firma Unilever jest jednym z największych producentów żywności,
kosmetyków i środków czystości pod znanymi markami, takimi jak: Knorr,
Lipton, Algida, Rama, Delma, Domestos, Cif, Rexona, Axe, Dove, Timotei,
Signal. Unilever działa w Polsce od 1991 r. i na koniec 2012 r.
zatrudniał ponad 3400 pracowników w całym kraju.
Źródło: Newseria
RWE, jedna z największych firm energetycznych w Europie, w tym
roku zainwestuje w Polsce ponad 200 mln zł. Zamierza budować m.in. farmy
wiatrowe, mimo że wciąż nie ma regulacji dotyczących odnawialnych
źródeł energii. Koncern wierzy jednak w opłacalność tych elektrowni.
–
Polski rynek jest dla nas bardzo przejrzysty i przewidywalny – mówi
Agencji Informacyjnej Newseria, Filip Thon, prezes RWE Polska. –
Inwestujemy w Polsce ponad 200 milionów złotych każdego roku. Zwiększamy
bezpieczeństwo zaopatrzenia, bezpieczeństwo i jakość sieci. Inwestując
tyle pieniędzy potrzebujemy przewidywalnego środowiska i to jest
zagwarantowane. Mamy przejrzyste, zdefiniowane zasady, więc dla naszych
wielkich inwestycji jest to właściwy kraj, i będziemy je kontynuować –
zapowiada.
Podkreśla, że mimo spowolnienia gospodarczego, nadal dobrze wypadamy na tle innych krajów.
– Polska nawet w czasach kryzysu ma rosnące PKB w porównaniu do innych
krajów regionu. Słowacja ma lekko rosnące PKB, w Czechach jest spadek.
Podobnie jak na Węgrzech, które mają nie tylko ujemny wzrost PKB, ale i
bardzo negatywne regulacje i ingerencje rządu w nasze operacje. Nie
widzimy takich negatywnych interwencji w Polsce – informuje Filip Thon.
Przedsiębiorcy związani z branżą OZE wielokrotnie alarmowali, że
przedłużające się prace nad ustawą o odnawialnych źródłach energii,
wstrzymują inwestycje. Także bankowcy obserwują mniejsze zainteresowanie
kredytami, ponieważ nie wiadomo, jaka będzie stopa zwrotu z tych
inwestycji, gdy pojawią się nowe regulacje.
– Oczywiście czekamy na regulacje dotyczące odnawialnej energii –
wyjaśnia prezes RWE. – Ale jesteśmy optymistycznie nastawieni, że będą
właściwe i stabilne, i nie będziemy mieli większych trudności w
inwestowaniu w farmy wiatrowe.
RWE realizuje zatem swoją strategię, zgodnie z którą w Polsce planuje
do 2015 roku wybudować elektrownie wiatrowe o łącznej mocy 300 MW. Do
tej pory zainstalowało już 200 MW mocy w energetyce wiatrowej. Ostatnia
farma wiatrowa w Nowym Stawie ruszyła kilka tygodni temu. Na wartą ponad
60 milionów euro inwestycję składa się 19 turbin wiatrowych o mocy 2,05
MW każda.
Filip Thon wskazuje jednak na problemy z polskim systemem wsparcia
zielonej energetyki – w ostatnich miesiącach mamy do czynienia z jego
załamaniem.
– Ceny zielone certyfikaty poszły w dół. Ale myślę, że to tymczasowe i
ustabilizują się na przyzwoitym poziomie znowu – uważa prezes.
Od 2009 roku, kiedy została uruchomiona pierwsza inwestycja RWE, firma
osiągnęła już poziom 108 MW produkowanych z wiatru. Pierwsza inwestycja –
oddany w 2009 roku Park Wiatrowy Suwałki – składała się z 18 turbin,
każda o mocy 2,3 MW. W 2011 roku RWE uruchomiło kolejne farmy w Pieckach
i Tychowie. Farma wiatrowa Piecki posiada moc zainstalowaną na poziomie
32 MW (16 turbin po 2 MW), natomiast farma wiatrowa w Tychowie ma 15
turbin o mocy 2,3 MW każda.
Grupa RWE zamierza w Europie do 2020 roku uzyskiwać ze źródeł
odnawialnych ponad 10 tys. MW, dzięki m.in. inwestycjom w energetykę
wiatrową.
Źródło: Newseria
Wśród hektarów pól porośnięte chwastami skrawki ziemi pod
słupami wysokiego napięcia są dla ptaków cenną, ekologiczną oazą.
"Zaskoczyło nas, jak wiele gatunków można tam spotkać" - mówi główny
autor publikacji w "Conservation Letters", prof. Piotr Tryjanowski.
Hektary
zbóż, kukurydzy albo buraków, a wśród nich linie wysokiego napięcia -
to widok częsty w Europie, zwłaszcza zachodniej, zdominowanej przez
rolnictwo wielkoobszarowe. W wielu krajach takie instalacje uważa się za
zło konieczne - są niezbędne, ale brzydkie i mają opinię
niebezpiecznych, np. dla ptaków, które zderzają się z nimi w locie albo
padają porażone prądem.
Dotychczasowe badania sugerowały, że ptakom może szkodzić nawet pole
elektromagnetyczne obecne wokół instalacji, wpływając na układ
odpornościowy albo zaburzając rozwój piskląt. Gwoli sprawiedliwości
dostrzegano również dobre strony obecności tych konstrukcji,
pozwalających ptakom przysiąść i odpocząć, wypatrywać zdobyczy albo
nawet - jak bociany - założyć gniazdo.
Nowe prace naukowców z poznańskich uczelni - Uniwersytetu
Przyrodniczego i Uniwersytetu Adama Mickiewicza, oraz Uniwersytetu
Zielonogórskiego, brytyjskiego Coventry University i Uniwersytetu
Technicznego w Monachium (Niemcy) przedstawiają ten industrialny element
krajobrazu w zupełnie nowym świetle: jako ekologiczną oazę w
monotonnym, rolniczym krajobrazie.
W swojej pracy, przedstawionej na łamach "Conservation Letters",
naukowcy skupili się na niewielkich skrawkach ziemi u podstawy słupów.
Miejsca te, zwykle porośnięte trawami i ziołami, tarniną i czarnym bzem,
stanowią dzikie mini-zagajniki, w których ptaki mogą swobodnie żerować i
zakładać gniazda.
Aby się przekonać, czy panujące tam warunki rzeczywiście sprzyjają
skrzydlatym mieszkańcom, naukowcy zbadali różnice między populacjami
ptaków gnieżdżących się bezpośrednio pod słupami, odwiedzających linie
wysokiego napięcia i otwarte pola. Ptaki liczono dwukrotnie (w sezonie
lęgowym 2011 r.) na wybranych polach Wielkopolski, zdominowanych przez
uprawy zbóż, kukurydzy i buraka cukrowego.
Okazało się, że zarówno liczba gatunków, jak i osobników jest większa
pod słupami i w pobliżu linii, niż w terenie otwartym. Najwięcej ptaków
pojawiało się na zarośniętych fragmentach ziemi u podstawy słupów,
zwłaszcza jeśli rosły tam krzewy. Ponad połowę ptasiej społeczności
obserwowanej na słupach i przewodach stanowiły skowronki, gołębie
grzywacze, szpaki, potrzeszcze, kruki i pliszki żółte.
"W krajach rolniczych, w mocno przekształconym krajobrazie, miejsca pod
słupami to jedyny obszar, gdzie pośrodku pól może się pojawić
spontaniczna roślinność i krzewy, dostarczające ptakom miejsc
gniazdowych. Są to czyste, biodynamiczne przestrzenie, wolne od oprysków
czy innych zabiegów agrotechnicznych. Nas zaskoczyło, jak wiele
gatunków można tam spotkać" - powiedział PAP kierujący badaniami
dyrektor Instytutu Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu,
prof. Piotr Tryjanowski. Jednocześnie podkreślił, że wyniki badania
świadczą o wielkiej plastyczności ptaków poszukujących miejsc lęgowych.
Zdaniem ekologa obecność linii wysokiego napięcia w krajobrazie rolniczym nie jest więc kwestią wyłącznie czarno-białą.
"Co więcej, wyniki badania pokazują, że jeśli i tak trzeba budować
linie energetyczne, to najlepiej, by biegły one przez pola uprawne, co
paradoksalnie może posłużyć ptakom. W Polsce częściej wybiera się jednak
inne rozwiązanie - linie prowadzi się przez bagna, torfowiska czy
brzegi rzek. Z prawnego punktu widzenia jest to prostsze, niż
odrolnienie ziemi" - zauważył.
Badania z Wielkopolski pokazują, że z ekologicznego punktu widzenia nie
od rzeczy byłoby zrezygnować z niektórych działań służb energetycznych:
częstego koszenia i wycinania spontanicznej roślinności pod słupami.
"Pozostawienie tych roślin lepiej posłuży przyrodzie, i w dodatku nic
nie kosztuje" - dodał prof. Tryjanowski.
Naukowcy przypominają, że różnorodność gatunków i liczebność ptaków w
okolicach rolniczych w dużym stopniu zależy od istnienia miejsc, które
zapewniają ptakom bezpieczeństwo - ugorów, żywopłotów, miedz, sadzawek
czy skupisk drzew pośrodku pól. "Zatem paradoksalnie słupy wysokiego
napięcia, a właściwie małe skrawki ziemi u ich podstawy, mogą być dla
ptaków prawdziwym rajem, zwłaszcza w rolniczym krajobrazie Europy" -
piszą autorzy publikacji.
Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl
Chociaż wydobycie gazu z łupków nie jest zadaniem prostym i
obciąża środowisko, to przy rosnących potrzebach energetycznych na
świecie, na gaz łupkowy jesteśmy skazani - uważa dyrektor Narodowego
Centrum Badań i Rozwoju, prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski.
Prof.
Krzysztof Jan Kurzydłowski wykład pt. "Gaz łupkowy bez dogmatów" dał w
poniedziałek podczas spotkania Kawiarni Naukowej Festiwalu Nauki w
Warszawie.
Wyjaśnił, że gaz z łupków dość trudno wydobyć. Gaz nie tylko znajduje
się głęboko pod ziemią (w Polsce nawet na głębokości 3 km), ale w
dodatku zamknięty w skale. Gaz znajduje się w pęcherzykach, które nie są
ze sobą połączone - odseparowane są od siebie skałą. Gaz nie wydostaje
się więc ze skały tak łatwo, jak woda, która swobodnie wycieka z
nasączonej nią gąbki, ale raczej jest jak sok uwięziony w pomarańczy czy
jak olej w ziarnach słonecznika. Aby więc dotrzeć do gazu, trzeba w
każdym miejscu rozbić strukturę - skruszyć skałę - i uwolnić surowiec z
każdego pęcherzyka.
Prelegent tłumaczył, że do złóż należy się najpierw dowiercić pionowo, a
pod ziemią potrzebne są jeszcze wiercenia poziome. Dopiero tam
dokonywać się będzie kruszenia skały (np. za pomocą mikrowybuchów) i
odciąganie gazu. W miejsce gazu wpompowuje się wodę ze specjalnymi
dodatkami. Taka ciecz sprawić ma, że skała na trwałe zdolna będzie do
tego, by przemieszczał się w niej gaz.
Wydawać by się więc mogło, że proces pozyskiwania gazu łupkowego jest
bardzo trudny i nieopłacalny. Prof. Kurzydłowski zaznaczył jednak, że
dzięki wydobyciu gazu łupkowego, Stany Zjednoczone z jednego z
największych importerów gazu ziemnego, stały się nie tylko
samowystarczalne, ale zaczynają rozważać eksport gazu.
W Polsce wydobycie gazu łupkowego może być jednak mniej opłacalne. W
stosunku do złóż w USA, w naszym kraju złoża są niskiej i średniej
jakości - gazu w skale jest mniej i występuje w mniejszych pęcherzykach,
co utrudnia dotarcie do surowca. Poza tym złoża gazu łupkowego
przebiegają przez Polskę pasem od Gdańska przez okolice Warszawy po
Lublin. Złoża znajdują się więc często poniżej obszarów o dużych
wartościach krajobrazowych czy o dużym zaludnieniu. W Stanach
Zjednoczonych natomiast gaz łupkowy wydobywa się w miejscach o mniejszym
znaczeniu. Poza tym w Polsce warunki geologiczne są inne niż w USA, tak
więc nie można do nas bezpośrednio zastosować technologii już w Stanach
stosowanej. Kurzydłowski zaznaczył, że kluczowe będzie dopiero
doświadczenie z pierwszych odwiertów w Polsce.
Kurzydłowski przyznał, że technologie pozyskiwania gazu łupkowego
przynoszą obciążenie dla środowiska. Zaznaczył, że do wody wtłaczanej
pod ziemię dodawane są składniki takie jak substancje nadające lepkości -
mogłyby być np. niegroźne substancje stosowane w przemyśle spożywczym -
czy materiały podsadzkowe. Są to tzw. "proppanty", które wyglądają jak
kulki ceramiczne, które mają sprawić, że skała się nie zakleszczy i
możliwe będzie dalsze przemieszczanie się w szczelinach gazu. Zdaniem
Kurzydłowskiego, sam płyn wpompowywany pod ziemię nie jest bardzo
szkodliwy. Większym problemem dla środowiska jest natomiast to, że do
wydobycia gazu łupkowego potrzeba byłoby ogromnych ilości wody, która
przez wiele lat i na ogromnych obszarach musiałaby być wtłaczana pod
ziemię. A to w Polskich warunkach byłoby dość kłopotliwe. "Kluczowe
będzie jednak nie to, ile wody trzeba będzie pod ziemię wpompować, ale
raczej - ile z tej wody da się odzyskać" - powiedział dyrektor NCBR.
Prof. Kurzydłowski zaznaczył, że wzrost popytu na energię elektryczną
jest większy niż wzrost liczby ludności. "Jeśli nie uda się zmienić
bilansu energetycznego, jesteśmy skazani na eksploatację gazu łupkowego"
- przyznał. Dodał, że zanim się na to zdecydujemy, potrzebna będzie
chłodna kalkulacja, która pomoże w podjęciu racjonalnej decyzji.
Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl
Sprzedaż kolektorów słonecznych w kraju rośnie z roku na rok – w 2012 roku łączną powierzchnię zainstalowanych kolektorów słonecznych oszacowano na ponad 1,2 mln metrów kwadratowych – trzykrotnie więcej, niż wynosi powierzchnia Watykanu.
Mimo
to polscy producenci, choć tworzą jedne z najwydajniejszych kolektorów
na świecie, mają powody do zmartwień. Na dynamicznym rozwoju rynku – w
skutek źle skonstruowanego systemu dopłat państwowych - skorzystali
przede wszystkim importerzy chińskich kolektorów.
Maleje, ale rośnie
Rynek kolektorów słonecznych w Polsce rozwija się w bardzo szybkim
tempie. W roku 2011 zanotowano wzrost sprzedaży o 70%, rok później o
kolejne 19%. Jak wynika z przygotowanego przez Instytut Energii
Odnawialnej raportu, obroty tylko na rynku krajowym wynosiły ponad 670
milionów złotych. Polska stanowi obecnie czwarty rynek sprzedażowy w
Europie, istnieje tu około 70 firm zajmujących się produkcją lub
dystrybucją kolektorów słonecznych.Duża część z nich to dystrybutorzy
„chińszczyzny”.
- Tendencje związane z zalewem rynku tanimi kolektorami widać
szczególnie wyraźnie na przykładzie kolektorów próżniowych typu
Heat-Pipe, w których produkcji specjalizują się Chińczycy – tłumaczy
Kamil Jeziorko, przedstawiciel firmy Watt, istniejącej w branży od 1998
roku. - W Europie odchodzi się od kolektorów próżniowych na rzecz
kolektorów płaskich, które stanowią 90% całego rynku. W 2009 roku
zanotowaliśmy wyraźny spadek sprzedaży kolektorów próżniowych, podobnie
jak inni producenci. Mimo spodziewanych dalszych tendencji spadkowych, w
2010 roku nagle polski rynek odnotował ogromny wzrost sprzedaży tych
kolektorów. Wzrost nastąpił również w kolejnych latach i jak się
okazało, był w całości spowodowany masowo importowanymi kolektorami z
Chin.
Chińskie znaczy lepsze?
Bez wątpienia główną przyczyną tak znacznego rozwoju rynku kolektorów
słonecznych są dotacje Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i
Gospodarki Wodnej. Z realizowanego programu wsparcia do zakupu
instalacji słonecznych skorzystało już niemal 37 tysięcy osób,
wykorzystując na ten cel prawie 250 milionów złotych dotacji. Jak się
okazuje, to właśnie system dopłat wpłynął na powstanie wielu firm
oferujących chińskie kolektory, które liczą na szybkie zyski ze
sprzedaży.
- Wysokość dopłaty z NFOŚiGW uzależniona jest od całkowitej powierzchni
zamontowanych kolektorów, a nie na podstawie ich mocy czy choćby
powierzchni apertury, wytwarzającej energię cieplną – wyjaśnia Jeziorko.
– Oznacza to, że wyższe dotacje uzyskuje się na mniej wydajne kolektory
chińskie, których do uzyskania podobnej mocy potrzebujemy znacznie
więcej, w związku z czym ich powierzchnia całkowita będzie większa, a
wartość dotacji - wyższa.
Również ogłaszane przez gminy przetargi na zakup i montaż kolektorów
słonecznych wspierają czasem importerów chińskich urządzeń. Jeżeli
jedyne kryterium zamówienia stanowi cena, żaden europejski producent nie
ma szans z Chinami. Zdarza się i tak, że organizująca przetarg gmina
może wykluczyć udział polskich producentów, zastrzegając, że kolektory
muszą być wykonane w technologii Heat Pipe, która nie jest
wykorzystywana na żadnej rodzimej linii produkcyjnej.
Import z Chin zagrożeniem dla Europy
Zalew chińskich produktów z branży energii odnawialnej to nie tylko
problem polskiego rynku. W Niemczech zbankrutował ostatnio największy
producent fotowoltaiki, wielu mniejszych już wcześniej musiało ogłosić
upadłość. W obliczu tych wydarzeń ma zostać wprowadzone cło na
fotowoltaikę z Chin. Nie dotyczy to kolektorów słonecznych.
- W całej Europie, odwrotnie niż u nas, przyznawane przez rząd dotacje
wspierają rynek krajowy. W Belgii na przykład, zaraz po wprowadzeniu,
dopłata była uzależniona od powierzchni całkowitej, ale bardzo szybko
się z tego wycofano – mówi Kamil Jeziorko z firmy Watt, eksportującej
kolektory m.in. do USA, Holandii, Niemiec i krajów skandynawskich. –
Polskie firmy nie oczekują specjalnego traktowania, tylko gwarancji
równych możliwości dla wszystkich podmiotów działających w naszym kraju,
a nie poczucia dyskryminacji.
Źródło: EkoNews
Niskie ceny energii sprawiają, że nieopłacalne staje się
inwestowanie w sektorze energetycznym. Budowanie nowych elektrowni jest
jednak koniecznością, ponieważ Polsce grożą przerwy w dostawach prądu.
Pomocą w sfinansowaniu tych długoterminowych i drogich projektów mają
być Polskie Inwestycje Rozwojowe, ale oprócz nich trzeba znaleźć
dodatkowych partnerów.
–
Świat jest trochę bardziej skomplikowany w tej chwili i ani Polskie
Inwestycje Rozwojowe, ani jeden, ani drugi bank nie będzie „one stop
shopem”, czyli miejscem, w którym znajdzie się odpowiedzi na wszystko.
Trzeba więc być gotowym na to, że projekty będą współfinansowane z
różnych źródeł – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Mariusz Grendowicz,
prezes Polskich Inwestycji Rozwojowych.
W ciągu ostatnich miesięcy Polska energetyka zaprzestała inwestycji w
bloki węglowe w Ostrołęce i Rybniku. W kwietniu Polska Grupa
Energetyczna ogłosiła rezygnację z rozbudowy siłowni w Opolu, pod
znakiem zapytania stawia też budowę elektrowni jądrowej.
– W całej UE od początku tego roku firmy sektora energetycznego
zrezygnowały z inwestycji w energetykę konwencjonalną, wskutek czego nie
powstaną elektrownie o łącznej mocy 34 tys. MW (z tego 6 tys. MW
przypada na Polskę). Takie przedsięwzięcia przestały się opłacać –
powiedział podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach
Krzysztof Kilian, prezes Polskiej Grupy Energetycznej.
Zdaniem Mariusza Grendowicza duże inwestycje, nie tylko sektora energetycznego, napotykają dziś trzy rodzaje barier.
– W dobie zwiększonego niepokoju związanego z niestabilnością
gospodarczą, przedsiębiorca jest gotów zrealizować inwestycję, ale na
poziomie połowy zakładanego jeszcze pięć lat temu ryzyka, więc szuka
kogoś z kimś mógłby się tym ryzykiem podzielić – wyjaśnia Mariusz
Grendowicz.
Druga bariera dotyczy finansowania, zarówno na poziomie jednostek samorządu terytorialnego, jak i dużych inwestorów branżowych.
– Mamy do czynienia z podmiotami, które dysponują ciekawymi projektami,
które mogłyby być komercyjnie opłacalne, natomiast ich poziom
zadłużenia jest taki, że realizowanie inwestycji wewnątrz spółki byłoby
zagrożeniem finansowym dla niej – uważa prezes PIR.
Trzecia bariera dotyczy ryzyk prawnych i regulacyjnych.
– Inwestycje infrastrukturalne są z natury długoterminowe. I w tych
inwestycjach, bardziej niż w jakichkolwiek innych, istnieją obawy co do
tego, że w którymś roku jej funkcjonowania, ktoś wbiegnie na
przysłowiowe boisko i poprzestawia bramki – dodaje prezes. – Odpowiedzią
na wszystkie te trzy rodzaje barier ma być spółka Polskie Inwestycje
Rozwojowe, aczkolwiek podkreślam – do pewnego stopnia.
PIR gwarantuje pomoc w sfinansowaniu projektów oraz w znalezieniu
partnerów. Również banki zapewniają, że dysponują odpowiednią płynnością
finansową, by uczestniczyć w budowaniu elektrowni.
– Banki są gotowe i zdolne do finansowania inwestycji w energetyce,
zarówno płynnościowo, jak i od strony strukturyzowania, zaangażowania
się w duże projekty. Ale one muszą być przygotowane, trudno jest
finansować coś, co jeszcze nie ma zrębów projektu – mówi Newserii
Małgorzata Kołakowska, prezes ING Bank Śląski.
Barierą jest to, że zarówno w przypadku elektrowni jądrowej, jak i
projektu wydobywania gazu z łupków, nieznane są jeszcze zasady
finansowania tych inwestycji.
– Zwykle projekty wydobywcze, czyli moment poszukiwania, ustalania
jakie są zasady, są finansowane z equity, czyli z kapitału. A
finansowanie komercyjne, dłużne, będzie już w momencie eksploatacji. Tu
więc jest jeszcze długa droga przed nami, bo trzeba określić, jakie są
zasady ideologiczne, trzeba określić, jakim sposobem będzie to
wydobycie. Dopiero wtedy można mówić o finansowaniu tego typu projektów –
tłumaczy Małgorzata Kołakowska.
W przypadku elektrowni atomowej finansowanie odbywa się na innych zasadach.
– Polska elektrownia, jeśli powstanie, będzie dużym pakietem,
mobilizującym w dużej mierze Skarb Państwa, PGE [odpowiedzialną za
inwestycję – red.], dostawcę i dopiero wówczas inne instytucje
finansowe, które mogą się włączyć – uważa Małgorzata Kołakowska.
Źródło: Newseria







