Globalne ocieplenie dopadło Antarktydę - twierdzą naukowcy w najnowszym "Nature". Do tej pory wydawało się, że większość tego kontynentu opiera się wywołanemu przez człowieka wzrostowi temperatury. Bo ta ziemia, ten lód zawsze opierały się ludziom. Kiedy w latach 1908-09 brytyjski podróżnik Ernest Shackleton próbował zdobyć biegun południowy, musiał zawrócić tuż przed celem. Rozsądnie.
Jego rodak porucznik Robert Scott co prawda w styczniu 1912 r. dotarł do bieguna, ale razem ze swoimi ludźmi zamarzł w drodze powrotnej. Podobno załamał się, kiedy na biegunie zobaczył pamiątki zostawione przez norweską wyprawę Roalda Amundsena, który wygrał wyścig do bieguna południowego i jako pierwszy człowiek stanął na nim w grudniu 1911 r.
"W życiu nie widziałem tak dzikiego i niegościnnego wybrzeża" - pisał Frank Hurley, członek załogi Shackletona, która w 1914 r. próbowała przemierzyć Antarktydę z jednego brzegu na drugi. Nie udało się. Ich statek "Endurance" został zgnieciony przez lód jeszcze na Morzu Weddella (niedaleko jest dzisiaj Polska Stacja Antarktyczna im. Arctowskiego). W sumie Shackleton i jego ludzie błąkali się po zamarzniętym morzu przez półtora roku. Cudem, nadludzkim wysiłkiem ocaleli.
Dzisiaj Antarktyda nie jest już jednak ziemią nieznaną - ujarzmiamy ją od przeszło pół wieku. W tym czasie wokół bieguna południowego powstało kilkadziesiąt stacji badawczych. Zbieramy m.in. dane o temperaturze, opadach, wydobywamy rdzenie lodowe, dzięki którym możemy prześledzić historię ziemskiego klimatu. Wiemy, że mimo kilkukilometrowej grubości lodowca, który pokrywa prawie cały kontynent i wgniata go na kilkaset metrów pod poziom morza, Antarktyda to tak naprawdę największa na Ziemi pustynia. Średnioroczne opady nie przekraczają tam 50 mm (dla porównania - w Polsce wynoszą 600 mm). Średnia temperatura roczna waha się od minus 10 st. C na wybrzeżu do minus 60 st. w głębi kontynentu. To na Antarktydzie, w rosyjskiej stacji Wostok, zanotowano w 1983 r. najniższą temperaturę na Ziemi - minus 89 st. C.
Pomiary temperatury dokonane na Antarktydzie pokazywały dotychczas, że w przeciwieństwie do północnej Arktyki (która grzeje się dużo bardziej, niż wynosi średnia dla całej Ziemi) nie poddaje się ona globalnemu ociepleniu. Ogrzewać się miał tylko niewielki jej fragment - wyciągnięty na zachód Półwysep Antarktyczny. Cała reszta według naukowców stawała się wręcz coraz chłodniejsza. Najnowsze badania opublikowane w dzisiejszym "Nature" przeczą tym poglądom.
Zespół amerykańskich naukowców kierowany przez Erica Steiga z Uniwersytetu Stanu Waszyngton w Seattle ponownie przeanalizował dane o temperaturach zebrane w stacjach badawczych. Dodał też do nich pomiary wykonane przez satelity meteorologiczne, które mierzyły antarktyczne ciepło za pomocą czujników podczerwieni.
Z obliczeń Steiga wynika, że południowy kontynent Ziemi grzeje się w stopniu porównywalnym z resztą świata - w ciągu ostatnich 50 lat średnio o 0,1 st. na dekadę. Nie jest to ocieplenie równomierne. Największe zanotowano w zachodniej części Antarktydy, najmniejsze, a miejscami nawet ochłodzenie - na wschodzie.
Czy mamy się więc bać o Antarktydę, podobnie jak coraz bardziej niepokoimy się o odmarzającą Arktykę? Warto pamiętać, że Antarktyda, która dzisiaj magazynuje w lodzie tyle wody, że jego roztopienie podniosłoby poziom morza o 60 m, nie zawsze była tak surowym lądem. Dziesiątki milionów lat temu nie miała czapy lodowej i była zamieszkana przez ciepłolubne rośliny i zwierzęta.
Dzisiaj jednak bardziej niż ocieplenie grozi jej zadeptanie przez turystów. W ciągu ostatnich 15 lat ich liczba wzrosła pięciokrotnie. W latach 2006-07 Antarktydę odwiedziło 37,5 tys. turystów. Większość przybyła na pokładach statków, które często nie są przygotowane do podróży wśród gór lodowych. Uszkodzone przez lód stają się śmiertelnie niebezpieczne nie tylko dla ludzi, ale także dla zwierząt i roślin żyjących w lodowatych wodach Oceanu Południowego.
Z mitycznego lądu zamieszkanego przez marzycieli i zwariowane pingwiny, opiewanego przez Wernera Herzoga w przepięknym filmie "Spotkania na krańcach świata" Antarktyda zmienia się w kolejne ludzkie miejsce na Ziemi. Szkoda.
Źródło: gazeta.pl







Naukowców z UK British Antarctic Survey, Cambridge (E. R. Thomas) trudno posadzać z kolei o sceptycyzm, gdy publikowali w 2008 roku w renomowanym GEOPHYSICAL R. Letters, artykuł: „PODWOJENIE w akumulacji śniegu w zachodniej części Półwyspu Antarktyki od 1850.”…
A w 2008r. powierzchnia lodu Antarktydy była rekordowa w historii pomiarów!!!
Ponadto od ok. roku 1990-tego, zanotowalismy stały trend wzrostowy powierzchni lodu na Antarktydzie (http://arctic.atmos.uiuc.edu/cryosphere/IMAGES/current.anom.south.jpg), jedynie na morzu Bellingshausen’a wystąpił spadek powierzchni http://www.unep.org/geo/geo_ice/images/full/5_changetable_sh.png.
Warto też wiedzieć, że i ogólna (Arktyka + Antarktyka) obecna powierzchnia światowego lodu wokół obu biegunów praktycznie równa jest średniej z lat 1978-2008, i że nie ma tutaj ŻADNEGO TRENDU SPADKOWEGO (trend dla 30 lat jest „zerowy”). http://noconsensus.files.wordpress.com/2008/12/global-sea-ice-area-variation-bootstrap-algorithm1.jpg?w=667&h=455.
Wspomniani wyżej naukowcy z Cambridge winią za wzrost „ulodowienia” Antarktydy ENSO. Otóż upraszczając: jeżeli na Pn. Pacyfiku jest ciepło to na Pd. i Oceanie Indyjskim - zimno. Nie tylko więc wówczas na Antarktydzie, ale także w Chile w Andach „rosną” lodowce, a nad Argentyną tworzą się stojące wyże blokujące deszczowe niże; za to nad Sahel -Darfur docierają deszcze i ta z kolei się zieleni…