Dzięki DDT udało się na pewien czas ograniczyć występowanie malarii, jednak wpływ tej substancji na środowisko budził coraz większe obawy i w końcu zakazano jego stosowania w większości krajów (wciąż jest stosowany tam, gdzie duży problem stanowi malaria). Jednym z pierwszych niepokojących zjawisk były cieńsze skorupki jaj ptaków drapieżnych - nie wytrzymywały ciężaru wysiadującego je ptaka. DDT rozpada się na maleńkie cząstki, które niesione wiatrem docierają wszędzie - także na Antarktydę. W odróżnieniu od krążącego w przyrodzie DDT, które przekształca się w mające podobne właściwości DDE, DDT osadzone na lodowcu pozostaje niezmienione i - gdy się znów dostanie do środowiska - łatwo zauważyć jego wyższy poziom w żywym organizmie.
Jak wykazały przeprowadzone przez Heidi Geisz z amerykańskiego Virginia Institute of Marine Science badania, narażone na kontakt z DDT są między innymi pingwiny Adeli. Poziom DDT w ich organizmach nie jest na tyle wysoki, by mogło to ptakom zaszkodzić, jednak świadczy o tym, że także inne zamrożone dotąd w antarktycznym lodzie substancje mogą się uwolnić do środowiska wraz z globalnym ociepleniem. Chodzi między innymi o polichlorowane bifenyle(PCB) oraz polibromowane etery difenylowe - wiadomo, że wywierają one szkodliwy wpływ na ludzi.
źródło: PAP - Nauka w Polsce
komentarze [0]






