W poniedziałek wieczorem puściła tama ograniczająca zbiornik z odpadami z huty aluminium w miejscowości Ajka położonej 160 km na południowy zachód od Budapesztu. Wkrótce potem ulicami pobliskich miasteczek Kolontar, Devecser i Somlóvásárhely płynęła już czerwona fala porywająca samochody, zalewająca sklepy, domy, stacje benzynowe i zrywająca mosty. Zatruła rzekę Marcal i wylała się na tory kolejowe.
- Gdy usłyszałam huk, natychmiast pobiegłam na wyższe piętro domu - opowiada Tunda Erdelyi. Ale i tak jestem szczęśliwa, bo uratowałam królika. Kota zdążyło zmoczyć.
- Naszego wuja śmigłowiec zabrał do szpitala w Budapeszcie. Maź wypaliła mu rany do kości - dodaje Robert Kis jej mąż. - W mojej wannie wciąż jest pełno tego świństwa - opowiada 60-letni Ferenc Steszli z Kolontar. - Kiedy przerwało tamę, usłyszałem straszny huk. Byłem na podwórku, próbowałem się schronić na ganku, ale woda płynęła bardzo szybko.
Świadkowie mówią, że miejscami fala zalewała domy do wysokości 2,5 metra. Wczoraj wieczorem wiadomo było o czterech ofiarach śmiertelnych - dwóch dorosłych i dwóch małych dzieciach, siostrach, które zginęły w zalanym domu. Starsza miała trzy lata, młodsza rok. Kilka osób jest zaginionych, co oznacza, że liczba ofiar śmiertelnych może się zwiększyć. 120 osób odniosło rany - poparzenia.
Jak podało we wtorek rano narodowe centrum ds. katastrof, wyciekło milion metrów sześciennych toksycznej i lekko radioaktywnej substancji zawierającej żrący ług i różne metale nieżelazne, w tym rakotwórczy ołów. Groźny dla zdrowia jest nie tylko bezpośredni kontakt z mazią, ale też wdychanie toksycznych oparów.
Ucierpiało bezpośrednio siedem miejscowości, kolejne mogą odczuć skutki awarii w najbliższych dniach. Czerwona powódź rozlała się na 40 km kwadratowych. Ewakuowano ponad tysiąc osób. Wody gruntowe w dotkniętej wyciekiem okolicy są zatrute, a zwierzęta gospodarskie - martwe. Wczoraj nikt nie wiedział, ile czasu zajmie akcja odkażania zatrutego terenu.
Jak relacjonuje Gaspar, mój znajomy z Budapesztu, wczoraj po południu w Ajkai pojawiła się plotka, że zagrożone jest ujęcie wody pitnej tego miasta. Przerażeni mieszkańcy przypuścili szturm na sklepy, wykupując niemal wszystkie zapasy wody mineralnej. Rodziny z małymi dziećmi z okolicznych miast i wsi przenosiły się do bliskich mieszkających z dala od miejsca katastrofy. Wszyscy obawiają się, że skutki zatrucia będą odczuwane jeszcze długo po wyschnięciu szlamu.
Materiały telewizyjne z zalanych miasteczek pokazują grozę sytuacji: strażacy próbujący zmyć z przemoczonych kombinezonów trującą maź, ludzie wywożeni są z zalanych domów na szuflach wielkich koparek i wszechobecna ciemnoruda breja niosąca fragmenty konstrukcji domów.
We wtorek rano rząd ogłosił stan wyjątkowy w trzech komitatach (województwach): Veszprém, Györ-Moson-Sopron i Vas. Choć do katastrofy doszło tylko w Veszprém, to - jak przyznała rzeczniczka rządu - w kierunku dwóch pozostałych komitatów płynie toksyczny muł. Przenosi go m.in. rzeka Torna. Wieczorem szef węgierskiego MSW Sandor Pinter ogłosił, że jest szansa, że trująca woda nie dostanie się do Dunaju/
W akcji ratowniczej bierze udział kilkuset żołnierzy z jednostek obrony chemicznej, jednak próba zatrzymania wycieku na rzece Tornie zakończyła się wczoraj fiaskiem. Żołnierze i strażacy szykowali się do dezaktywacji skażonego terenu. Pomagali im ratownicy ze Słowacji.
Wciąż nie wiadomo, co było przyczyną przerwania tamy w zbiorniku zakładów Ajkai Timfoldgyar należących do węgierskiej firmy MAL. Premier Viktor Orban sugerował, że zawinił człowiek. W hucie aluminium wstrzymano produkcję, a pracowników skierowano do akcji ratunkowej. Część zajmowała się łataniem wyrwy w tamie, pozostali wraz z ratownikami wsypali do zatrutej wody setki ton gipsu, który miał związać znajdujące się w niej toksyczne substancje. MAL ogłosił, że wyciek stanowił 2 proc. zawartości całego zbiornika.
Wszystko wskazuje na to, że katastrofa będzie miała też polityczne konsekwencje. Gazety piszą, że huta aluminium i zbiornik należały do jednego z bliskich współpracowników byłego lewicowego premiera Ferenca Gyurcsánya, którego wielu Węgrów serdecznie nie cierpi. Właściciel MAL jest ponoć na liście osób skorumpowanych, którymi zamierza się zająć prawicowy rząd Viktora Orbána. Policja zarekwirowała dokumentację techniczną i sprawdza, czy firma MAL dopełniła wszelkich procedur bezpieczeństwa.
Organizacje ekologiczne z Ajkai od dawna alarmowały, że zbiornik to tykająca bomba ekologiczna. Zbierana przez całe dekady czerwona maź stała się największym zbiornikiem toksycznych odpadów na Węgrzech.
źrodło: wyborcza.pl
Co możesz zrobić dla klimatu?
komentarze [0]






